Showing posts with label usa. Show all posts
Showing posts with label usa. Show all posts

Saturday, August 1, 2015

Minusy życia w Ameryce.

// ENGLISH VERSION HERE //


Hejka!

Dziś post ciut inny i pewnie się nie spodziewaliście, że i taki pojawi się u mnie na blogu, skoro ja taka zakochana w Ameryce, nie? No ale wiecie, nie ma to znaczenia, bo to tak jak w związku - kocha się drugą osobę, ale czasem ma się z nią problemy. Wiele ich nie będzie, ale to zawsze coś. Jeśli jesteście zainteresowani to czytajcie dalej, a jeśli macie swoje własne pomysły lub jakieś pytania, to piszcie śmiało w komentarzach :)


1. Droga opieka medyczna.
Dobra, na moje aktualne ubezpieczenie nie mogę narzekać, bo jest naprawdę super, ale jakbym go nie miała to ostatnio za kilka badań kontrolnych, które robiłam musiałabym zapłacić $1,614 (końcowo musiałam zapłacić tylko $25, bo wszystko pokryło mi ubezpieczenie). 
Pomyślałam, że podam Wam kilka przykładowych cen, żebyście mieli jakieś tam pojęcie. Głównie przyda się to pewnie tym, którzy wybierają się do Stanów. Ogólnie nie ma raczej sensu przeliczać na złotówki, bo ludzie tutaj zarabiają inaczej...
Poszłam do dentysty mając kupon z Groupona (polecam!), bo wtedy jeszcze miałam ubezpieczenie z agencji i za Groupona zapłaciłam $45. Okazało się, że musiałam mieć trzy małe plomby, za które zapłaciłam w sumie $390 (czyli $130 jedna). Czasami mówi się, że np. dla au pair lepiej byłoby polecieć do Polski, wyleczyć zęby i wrócić do USA, niż leczyć zęby w USA. Czasami faktycznie jest to prawda i w taki sposób wyszłoby taniej (ubezpieczenie au pair nie pokrywa kosztów leczenia stomatologicznego), ale nie zawsze! Myślenie, że w każdym przypadku jest tak samo jest niestety błędne.
Pisałam Wam o tym już, więc przytoczę tylko tym, którzy nie czytali. W zeszłym roku, gdy byliśmy w Washington D.C. trafiłam do szpitala, w którym widział mnie jeden lekarz, miałam kroplówkę, jakieś leki, spędziłam tam ok. 5-6 godzin no i byłam zabrana tam karetką. Później dostałam kilka rachunków i w sumie wycenili mi to wszystko na ok. $4,500, z czego ubezpieczenie, które wtedy miałam będąc w agencji au pair pokryło mi ok. $900, więc ja zapłacić musiałam $3,600.
W internecie czytałam, że za wyrwanie jednego zęba bez komplikacji to cena od $75 do $300 w zależności od miejsca zamieszkania, gabinetu, znieczulenia. W razie gdyby to było coś co trzeba zrobić od razu (np. wieczorem czy wchodząc między innymi pacjentami) od $300 do $450. Wyrwanie zęba mądrości bez komplikacji to koszt od $75-$200, w razie komplikacji może skoczyć nawet do $600 za jednego zęba.
Alicia w ostatnim czasie miała 5 wizyt u stomatologa i zliczony koszt wszystkiego to ok. $700 z czego ubezpieczenie pokryło właściwie 95% całości.
Naturalny poród to koszt ok. $2,600 bez komplikacji, a cesarskie cięcie to koszt ok. $4,500 również bez komplikacji bez ubezpieczenia. Doliczyć do tego trzeba też cała opiekę medyczną, wizyty u lekarza, itp. Oczywiście zależy w jakim szpitalu, bo można też zapłacić i $20,000 za poród naturalny bez komplikacji. Drogo? No trochę drogo.
Jeśli ma się dobre ubezpieczenie, to często pokrywa całość lub zostawia do zapłaty jakieś drobne. W razie braku ubezpieczenia czasem ma się poważny problem, ale często szpitale starają się pomóc i oferują przeróżne plany lub czasami nawet umażają 50% kosztów.
Ostatnio przeczytałam, że Stany Zjednoczone są krajem, w którym ludzie wydają najwięcej pieniędzy na leczenie nowotworów na świecie. Powiem Wam, że nie wiem czy ma to sens, skoro tutaj jest o wieeeeele więcej ludzi niż w takiej Polsce... Oczywiste jest to, że skoro ludzi jest o wiele więcej to i zachorowań jest więcej, więc pieniędzy również wydaje się więcej. Nie wiem, ja sobie tak to wytłumaczyłam.
Moja wskazówka przy okazji: jeśli szukacie w USA jakiegoś lekarza, to zamiast pytać na forach w necie czy opierać się tylko na tym, co ja napisałam, po prostu dzwońcie do danego gabinetu, bo jak sami widzicie ceny różnią się bardzo i spowodowane jest to przeróżnymi czynnikami. Wskazówka numer 2: jeśli nie macie ubezpieczenia to nie chorujcie poważnie ;)


2. Duże odległości do czegokolwiek...
...jeśli nie mieszka się w mieście, bo w tym przypadku to raczej nie ma problemu ze spacerami czy też transportem publicznym. Na obrzeżach dużych miast i ogólnie w tych mniejszych miejscowościach spacerować raczej ciężko, bo zazwyczaj chodniki są TYLKO na osiedlach i przy otwartych centrach handlowych (sklepy na zewnątrz). U mnie jest tak, że musiałabym iść po trawie i pagórkach, których tu pełno, więc nie jest to zbyt wygodne. Poza tym tutaj to jest tak rzadkie, że co chwilę ktoś by się zatrzymywał pytać czy nie potrzebuję pomocy i akurat z tym mam już doświadczenie. Do najbliższego sklepu spożywczego mam jakieś 7-8 minut autem, jest to niecałe 9km w jedną stronę. Jakoś nie wyobrażam sobie iść tak z siatami pełnymi jedzenia. Poczta jest w innym miejscu niż sklep, ale odległość jest taka sama. Najbliższy park z jeziorkiem jest obok poczty. Do fryzjera jadę 20 minut, na pieszo wyszłoby ok. 3 godziny z tego, co mówi mi Google (16,5km i znowu - po poboczu, gdzie piesi nie mają prawa przebywać). Najbliższy Starbucks - 2,5h na pieszo (13min autem). Wiecie, o co mi chodzi, nie? Wiem, że pewnie dla niektórych z Was tak żyło się też i w Polsce, ale ja w Warszawie WSZYSTKO czego potrzebowałam miałam w odległości 5 lub maksymalnie 10 minut na pieszo, więc dla mnie to była duża różnica. Dlatego też nie lubię, jak niektórzy uważają, że Amerykanie są tacy leniwi, bo oni to wszędzie jeżdżą autem. A no jeżdżą, bo inaczej ciężko, a na spacer to ja sobie mogę wyjść naokoło osiedla :) 


3. Różnice klimatu.
Tutaj problem może być w sumie wtedy, gdy np. ktoś z Georgii musi polecieć w listopadzie do np. Maine i nagle zorientuje się, że nie ma żadnych cieplejszych ciuchów, a jedyne "cieplejsze" buty to trampki. No niestety, ja nie mam w ogóle zimowych ciuchów, tzn. mam jedynie płaszcz, w którym przyleciałam do USA i który założyłam może kilka razy, jak nie miałam nic innego. W tym momencie, gdy to pisze u mnie jest 37 stopni Celsjusza w cieniu, a w Idaho (na północy USA) jest 13. Oczywiście nikogo to nie powinno dziwić, bo ten kraj jest ogromny, ale w sumie to taka ciekawostka. Kolejną ciekawostką niech będzie to, że w Kalifornii jest zazwyczaj zimniej niż u mnie ;)


4. Brak emerytur.
Czy to jest minus dla mnie? Nie wiem, na razie nie, ale wiele osób w internecie na to narzekało, więc pomyślałam, że o tym wspomnę. Przedstawiając to najprościej jak się da i na podstawie tego, co mówiła moja nauczycielka jak chodziłam na kurs - to czy pracownik dostanie emeryturę to decyzja pracodawcy. Nie ma tu czegoś takiego jak ZUS i emerytury zdarzają się rzadko, więc większość ludzi zwyczajnie odkłada pieniądze na starość - bo mają z czego odkładac - i w razie jakiejś awaryjnej sytuacji. Zdarza się jednak tak, że jedna osoba może mieć nawet i 5 emerytur, jeśli zmieniała pracę kilka razy i miała takie szczęście, że tak fajnie się udało.


5. Ogromne supermarkety.
Czasami tęsknię za takimi małymi warzywniakami, gdzie mogłam wejść na dwie minutki, wziąć co potrzebuję, wyjść. Tutaj nie mam takich małych sklepów i wszystkie to spore supermarkety, w których czasami spędzam dwie godziny szukając tego, czego potrzebuję. Ostatnio się wycwaniłam i włączam sobie stronę internetową danego sklepu, bo szukając produktu online zazwyczaj pokazuje Wam, w której alejce się on znajduje. Polecam!


6. Upały.
Pogoda w lato w Georgii jest... Hmm, do wytrzymania co prawda (klimatyzacja wszędzie!), ale jest strasznie, strasznie gorąco. Codziennie po ok. 45 stopni. Ja wiem, że czasami temperatura odczuwalna na słońcu zazwyczaj w Polsce też może sięgnąć prawie tyle, ale powiem Wam, że nawet jakby tak porównać 30 stopni tutaj i 30 stopni w Polsce - tutaj odczuwa się to o wiele bardziej, czuje się, jakby było o wiele cieplej. Duży wpływ na odczuwalność temperatury ma to, że jest tu duża wilgotność. Dlatego też jeśli człowiek się spoci, to ten pot nie leci z ciała, ale zostaje na nim, więc minuta i całe ciało jest lepkie, co nie jest zbyt przyjemne. Tutaj jest też tak, że jak leje deszcz czy jest burza, to po tym nie da się odetchnąć świeżym powietrzem, bo po burzach jest jeszcze cieplej niż przed. I jak się wyjdzie po deszczu na dwór to zauważy się ogromne ilości pary, bo ziemia jest tak nagrzana, że cały deszcz wyparuje w pięć minut. Jakby np. temperatura spadła nagle z 45 do 12 stopni, to zapewne narzekałabym, że strasznie mi zimno przy czym dzisiaj wieczorem i w nocy w Warszawie ma być ok. 11 stopni, a podobno jest lato.



Możecie być nieco zawiedzeni, że tylko tyle tu tego daję, no ale jakoś tak nic innego nie przychodzi mi do głowy szczerze mówiąc. A pisałam ten post tydzień, więc miałam czas na ewentualne poprawki czy na dodanie innych punktów. Ja tu mówiłam o Georgii, więc ciekawa jestem czy jest coś, co Wy dodalibyście jeśli chodzi o inne stany? Lub coś, co wiecie tylko ze słyszenia, bo mieszkacie w Polsce? :)

Do następnego!
Aga

Negatives about living in America.

// WERSJA POLSKA TUTAJ //


Hey there!

Today I'm posting something a little different and you probably didn't expect that something like this would appear on my blog since I'm so in love with America, right? But, you know, it doesn't matter because it's like a relationship - you love another person but you sometimes have problems with him. I won't have a lot of things here but it's something. If you're interested then keep reading and if you have your own ideas or any questions, feel free to post a comment :)


1. Expensive medical care.
If you're an American and you're reading this, you probably won't get it the way I'm trying to show it but you're more than welcome to read it anyway!
OK, I can't complain about my current insurance because it's really good but if I didn't have it, I'd have to pay $1,614 for my latest check up with a doctor (in this case, I paid only $25 because the insurance covered the rest).
I thought I'd give you some examples with prices so you can know a little more. I think it'll be useful mostly for people who are planning on going to the USA.
I went to a dentist having a coupon from Groupon (highly recommended!) because then I still had my au pair insurance. Groupon cost $45. I found out I had to have three small fillings done and I paid $130 for each of them. People sometimes say that if it comes to au pairs, it's better to go to her home country (Poland, in my case) to work on teeth and then come back than to do it in here. Sometimes it is true and it's be cheaper this way (au pair insurance doesn't cover dental treatment) but not always! It's a mistake to think that it's the same in each case.
I told you some time ago about this but I'll say it once again for those who didn't read me earlier. Last year when we were in Washington D.C. I had to go to a hospital. I was seen by one doctor, I had an intravenous drip (I hope this is a correct word for that), some medicine, I spent there around 5-6 hours and before I was taken by an ambulance. Later I received a few bills and everything cost around $4,500 in total, my au pair insurance covered only $900 so I had to pay $3,600.
I read on the Internet that tooth extraction with no complications cost $75-$300 depending on where, which doctor, what kind of painkillers. If you have to have something done right now (for example, in the evening or in the middle of two other patients) it's $300-$450. A wisdom tooth extraction with no problems cost $75-$200, if there's something wrong it might go up to $600 for only one tooth.
A vaginal childbirth is around $2,600 with no complications at all, a C-section around $4,500 but also when there's no complications (with no insurance). You have to add the rest of medical care, doctor visits, etc. Of course it depends on where you want to give a childbirth because you can easily find a hospital where you'll have to pay even $20,000 for a vaginal childbirth with no complications whatsoever. Expensive? Yea, a litte.
If you have a good insurance, it usually covers most of the costs and leaves you some change to pay. In case of not having any insurance, you'll usually have a problem but then hospitals try to help and they sometimes propose you a few plans or even remit 50% of the full cost.
Lately I read that the United States is a country where people spend the most money on treating cancer in the whole world. But then I thought, I don't know if it makes sense because here there's maaaaany more people than for example in Poland. It's obvious that if you have more people, then more people will have a cancer and more money will be spent. I don't know, I explained it to myself like this.
My advice: if you're looking for a doctor in the USA, instead of asking on forums on the Internet or trusting completely what I said here, call a doctor's office because, as you can see, prices vary a lot and there's a lot of causes for that. Advice number two: if you don't have any insurance, don't get seriously sick ;)


2. Long distances to anything...
...if you don't live in a big city because in this case you probably don't have any problems with walking or a public transportation. On the peripheries of big cities and in small towns in general it's kind of difficult to walk because sidewalks are usually only inside neighborhoods and by open shopping malls. Here in my place I'd have to walk on grass and hills which wouldn't be very comfortable. Moreover, it's so rare here that I'd have people asking me if everything is fine every minute (I have this experience already). The closest grocery store is around 7-8 minutes driving, almost 6 miles one way. I can't really imagine walking like this with bags full of food. Post office is in a different place than the grocery store but the distance is the same. The closest park with a lake is by the post office. To a hairdresser I have to drive 20 minutes, it'd be around 3 hours walking from what Google tells me (9,9mi on a shoulder where pedestrians aren't allowed to be). The closest Starbucks - 2,5hrs walking (13 minutes by a car). You know what I mean, don't you? I don't that some of you had the same in your home countries but I lived in Warsaw, the biggest city of Poland, and I had EVERYTHING I needed in a distance of 5 or maximum 10 minutes walk so it was a big difference for me. That's why I don't like when some people think that Americans are lazy because they drive everywhere. Well, they do drive because it's be really difficult otherwise and if it comes to walks, I can walk around my neighborhood only :)


3. Climate differences.
The problem here may occur when someone from, for example, Georgia wants to go to Maine in November and suddenly he realizes that he doesn't have any warm clothes and the only "warm" shoes are Convers. Well, I don't have any winter clothes, I mean I have one coat that I was wearing when I arrived here (it was winter in Poland) and I wore it maybe a few times here when I didn't have anything else. Right now when I'm typing this, I have 37C (98F) and in Idaho there's only 13C (55F). Of course it shouldn't be a surprise for anyone because this country is huge but it's just, you know, to let you know. Another little thing for you will be that in California there's usually colder than in my place :)


4. No pensions.
Is it a problem for me? I don't know, not yet I guess. I see it often on the Internet though so I thought I'd mention it as well. I was surprised when my teacher here in the US told me that this is an employer's decision if his employees will have pensions or not. In Poland we have a certain company that take some of your money from your salary each month and then, when you're old, you get money back (not all of them, though, but this is another story). Here people save for later and for emergencies. It happens that one person can have even 5 pensions when they were lucky.


5. Huge grocery stores.
I sometimes miss those small "greengrocers" where I could go in for two minutes, take whatever I need, go out. Here I don't have them at all and all of the stores are very big. I sometime spend there two hours on looking for what I need. Lately I go on a website of a store I'm in and I look for a product and then it tells me in which aisle I can find it. I recommend that!


6. Heat.
The summer weather in Georgia is... Hmm, you can stand it (air conditioning everywhere!) but it's very, very hot. Around 45C (113F) every day. I know that a real feel on the Sun in Poland can jump to the same sometimes (once a year lol) but I need to tell you that even if you compare 30C here and 30C there (86F) - here I feel it much, much more, like it's much warmer. The big thing is that here it's humid often and so if someone sweats then this swear doesn't go anywhere, it stays on the body and so one minute and your whole body is sticky. It's not very pleasant. Also, here you can't really breathe with fresher air after rain or a thunderstorm because after them it's even warmer than before. And if you go outside after rain, you'll see huge amounts of steam because ground is so hot that the whole rain will dry off during 5 minutes. If the temperature dropped from 45C to 12C I'd complain how cold I am when today evening and night in Warsaw they'll have around 11C... and it's summer.



You might be a little disappointed that I gave you so little of that but, well, nothing else comes to my ming anymore, to be honest. And I've been working on this post for a week so I had enough time to add things. I was talking about Georgia and I'm curious if there's anything you would add about different states? Or something you heard about and you're not in the US? :)

Talk to you next time!
Aga

Tuesday, July 28, 2015

Rozmowa o Zieloną Kartę w USCIS!

// ENGLISH VERSION HERE //



Ten post dodaję wcześniej niż zazwyczaj, więc jeśli nie widzieliście poprzedniego z ostatniej soboty, to serdecznie zapraszam TUTAJ. Podoba mi się ten post i powiem Wam, że jestem z niego dumna.



Tak! Mamy to już za sobą! Szybko poszło, było sympatycznie, a Green Card mam dostać w ciągu 10 dni od wczoraj. Chętnie Wam opowiem jak to wszystko poszło, bo nie obyło się oczywiście bez przygód, więc jeśli jesteście ciekawi to czytajcie dalej!


Interview decydujący o tym czy dostanę zieloną kartę wyznaczony mieliśmy na 27 lipca na godzinę 8:00. Jako że jestem typem, który woli być za wcześnie i po prostu poczekać niż się spóźnić, to wstałam o 6, Nate 15 minut po mnie, a z domu wyszliśmy o 6:50 mając przed sobą 40 minut drogi. Wszystko było spoko, nawet nie denerwowałam się jakoś bardzo, dokumenty miałam przygotowane i wszystko ogólnie zapięte na ostatni guzik. W zawiadomieniu o terminie spotkania jest lista dokumentów, które trzeba ze sobą wziąć, ale ja i tak wzięłam wszystko, co wysłaliśmy. 

Dojechaliśmy na miejsce, stanęliśmy w kolejce i gdy doszliśmy do kolesia, który wpuszczał wszystkich do środka okazało się, że coś jest nie tak. Wziął moje zawiadomienie, czytał jakoś tak dłuzej nic nie mówiąc po czym wszedł do środka. Ja zażartowałam do Nathana i powiedziałam, że co, jeśli jesteśmy w złym miejscu. On zaczął się śmiać i wtedy ten mężczyzna wrócił do nas i powiedział, że... jesteśmy w złym miejscu. Ja zaczęłam się śmiać, ale to był taki nerwowy śmiech, bo już po prostu zwątpiłam! Może zmęczenie, niewyspanie i stres sprawiły, że jakoś nie pomyślałam o upewnieniu się czy w GPS wpisałam odpowiedni adres? Nie wiem. W każdym razie, wsiedliśmy do samochodu i mieliśmy przed sobą 29 minut drogi do odpowiedniego urzędu. Dotarliśmy tam o 8:40, czyli 40 minut po czasie. Kilka minut zajęło nam wejście do środka, bo bardzo miła pani sprawdzał anas (prześwietlali torebki, które można było mieć ze sobą, itp.) i później musieliśmy iść do recepcji. Podeszłam do okienka, pani sprawdziła zawiadomienie po czym dała nam numerek K19 i mieliśmy pojechać na 3. piętro. Zrobiliśmy to więc i na miejscu docelowym byliśmy 50 minut po wyznaczonym terminie spotkania.

Po kilku minutach urzędnik wezwał nasz numerek, więc podeszliśmy i powiedział nam, że przegapiliśmy nasz interview, więc musimy poczekać aż znajdzie chwilę, by się nami zająć. Usiedliśmy w poczekalni i czekaliśmy niecałe 3 godziny. W ciągu tego czasu ludzie wzywani byli co mniej więcej 15 minut. Ja już prawie zasypiałam opierając głowę o ramię Nathana aż w końcu ten sam urzędnik podszedł do nas i zapytał: are you ready? Od razu się rozbudziłam ;) 

Pytania od urzędnika.
Zaprowadził nas do pokoju, gdzie usiedliśmy sobie na krzesełkach. Poprosił nas o podniesienie prawych dłoni, by złożyć przysięgę, że wszystko co powiemy będzie zgodne z prawdą. Urzędnik przejrzał dokumenty, jakie tam miał (a miał wszystko, co wysłaliśmy), po czym poprosił nas o dowody na to, że nasz związek zawarty został z miłości oraz o zdjęcia. Wszystkie przejrzał i oglądając fotki uśmiechał się od czasu do czasu. Później sprawdzał nasze dane czytając pytania z jednego formularza i my musieliśmy na nie odpowiadać - nasze daty urodzenia, adres zamieszkania, imiona rodziców, numery telefonów, Social Security Number (nie pamiętałam swojego, ale to nie był żaden problem), itp. Zaznaczał sobie na tym formularzu wszystkie odpowiedzi po kolei. Później wziął inny formularz i zadawał mi pytania, na które już wtedy odpowiadałam i były to te nieco niedorzeczne pytania, czyli np.: czy w ciągu ostatnich lat uprawiałaś prostytucję; czy kiedykolwiek byłaś członkinią jakiegokolwiek gangu; czy kiedykolwiek zabiłaś kogokolwiek... I tak dalej. On to już niektórych pytań nawet nie musiał czytać, bo znał je na pamięć. Zapytał też, nawiązując do innego formularza, gdzie Nathan pracuje, czy ja mam jakieś biologiczne dzieci oraz jako kto przyleciałam do USA. Zapytał również, nawiązując do I-94, kiedy był ostatni raz gdy przekroczyłam granicę Stanów Zjednoczonych i w jakim to było mieście. Zapytał również jak długo pracowałam jako au pair, czy zatrudniona byłam przez Nathana czy przez agencję, oraz czy dalej jestem w agencji.
Jeśli chodzi o pytania, jakie nam ów pan zadawał dotyczące naszego związku, to było ich bardzo niewiele:
Jak się poznaliście? Tutaj odpowiedź sprawiła, że pan się uśmiechnął szeroko i powiedział, że takiego przypadku jeszcze nie miał ;) Jak właściwie zaczał się wasz związek? Odpowiedź Nathana: no cóż, w końcu mieszkaliśmy razem od samego początku... Urzędnik na to, że no tak, tak, oczywista sprawa i znów się zaśmiał. Kiedy i gdzie wzięliście ślub? Tutaj sprawdziłam pamięć Nathana haha

Generalnie to miałam wrażenie, że mężczyzna ten podjął decyzję już prawie na samym początku, bo gdy przejrzał dokumenty i zdjęcia (sporo fotek ze ślubu) to powiedział, że wszystko jest super i że jesteśmy "good to go". Reszta to była więc w sumie formalność. Powiem Wam, że było całkiem sympatycznie, pan wesoły, trochę się wszyscy pośmialiśmy, zdarzyło się nawet, że jak wprowadzał dane do komputera to rozmawialiśmy o czymś kompletnie niezwiązanym ze sprawą, ale związanym z tym, co on zobaczył niedawno w telewizji. Także całkiem sympatycznie :) Miałam wrażenie, że wszyscy urzędnicy tam, których widziałam, byli w dobrych humorach, uśmiechali się i w ogóle, więc już samo to pozwala się rozluźnić tym, którzy są zestresowani tą sytuacją. Bo w końcu jak można się nie stresować, skoro idzie się na rozmowę z jedną osobą, która zadecyduje o moim dalszym życiu?

Uśmiechnęłam się szeroko, gdy pan postawił na moich papierach dwie pieczątki mówiące: APPROVED. Dodał, że Green Card otrzymam w ciągu 10 dni od momentu zatwierdzenia danych w jego komputerze. Nie mogę się doczekać! 
Ta zielona karta to karta warunkowa na 2 lata i po tym czasie będę musiała wysłać wniosek o zdjęcie warunków. Urzędnik powiedział, że by dostać kartę stałą, trzeba być w związku małżeńskim właśnie minimum te 2 wspomniane już lata. Więcej o tym wszystkim napiszę, gdy już dostanę moją kartę.

Także nie wiem, jak to jest w innych miejscach, ale osobiście uważam, że USCIS w Atlancie jest całkiem spoko :) Jeśli ktoś z Was jest przed Waszym interview o zieloną kartę, to wysyłam Wam moje wsparcie! 


Tak na zakończenie, jakby coś to całą procedurę aplikacyjną wyjaśniłam TUTAJ. Poniżej przeklejam Wam wszystko w datach. Jak widzicie, cały proces od wysłania aplikacji do jej akceptacji wczoraj zajęło nam zaledwie 3 miesiące, a plan na początku brzmiał minimum 6. Jestem bardzo zadowolona z tego powodu!


Updates:
* 1 maja 2015 - wysłanie pełnej aplikacji
* 4 maja 2015 - dostarczenie przesyłki do Chicago (sprawdzałam status na stronie USPS)
* 12 maja 2015 - mailowe potwierdzenie otrzymania aplikacji przez USCIS
* 19 maja 2015 - pocztowe otrzymanie potwierdzeń, że USCIS pracuje nad naszą sprawą; otrzymanie Alien number
* 20 maja 2015 - list z wyznaczonym terminem wizyty w USCIS w Atlancie w celu oddania odcisków palców
* 3 czerwca 2015 - wizyta w USCIS w celu oddania odcisków palców
* 30 czerwca 2015 - list z wyznaczonym terminem interview
* 17 lipca 2015 - zaakceptowany i wydany wniosek o pozwolenie na pracę (Employment Authorization)
* 23 lipca 2015 - list z Employment Authorization i z kartą
* 27 lipca 2015 - interview w USCIS Atlancie



Do następnego!
Aga

Interview for a Green Card in USCIS!

// WERSJA POLSKA TUTAJ //



I'm adding this post earlier than usual so if you haven't seen my previous one from Saturday, feel free to check it out HERE. I really liked this post and I'm kind of proud of it.



Yes! We made it! It was quick, friendly and I'll receive my Green Card within 10 days from yesterday. I'd like to tell you how everything went so keep reading if you're interested.


Interview deciding whether I'll get my Green Card or not was set for July 27 at 8AM. Since I'm this type of a person who prefers to be earlier and wait instead of being late, I got up at 6, Nate got up 15 minutes after me and we left home at 6:50 having 40 minutes driving ahead of us. Everything was fine, I wasn't even that stressed, I had all documents needed and everything ready. There's a list of things you need to have on a notification with a date of interview. But I took everything we sent anyway.

We got to the place, waited in line and when we got a guy who was letting people in we realized there was something wrong. He took my notification, read it a little bit longer not saying anything and then he went inside. I made a joke to Nathan that what if we were in a wrong place. He laughed and then this man came back and he told us that... we were in a wrong place. Then I laughed but it was a nervous laughter. Maybe the fact that I was tired, sleepy and stressed made me not making sure if the address I typed in my GPS was correct? I don't know. Anyway, we got into the car and we had 29 minutes to go. We got there at 8:40AM which means 40 minutes after our scheduled interview. It took a few minutes to go inside because a very nice lady was checking out stuff (bags that you can have inside, etc.) and later we had to check-in. I went to a desk, a woman checked my notification and she gave me number K19 and then we were to go to a 3rd floor. We did it and we got there 50 minutes after our scheduled interview. 

After several minutes the officer called our number so we came closer and he told us that we missed our interview so we had to wait until he finds some time to take care of us. We sat back down and waited for almost 3 hours. During this time people were called more or less every 15 minutes. I almost fell asleep with my head on Nathan's shoulder and suddenly the officer came to us and asked: are you ready? I woke up immediately ;)

Questions from the officer.
We followed him to his room and we sat down on the chairs. He asked us to raise our right hands and to swear that everything we'll say will be truthful. He looked through documentation he had (and he had everything we sent) and then he asked us to give him our evidence that we got married because we loved each other, not because I wanted to have a permission to stay legally, and he wanted to see photos as well. He saw all of them and he smiled from time to time. After that, he was checking our information by reading questions from forms and then listening to us answering them - our birth dates, address, parent's names, phone numbers, SSN (I didn't remember mine and there wasn't a problem), etc. He was checking everything one by one. Then he asked a few kind of ridiculous questions like: during last 10 years have you been a prostitute; have you even been a member of any gang; have you ever killed anyone... And so on. He didn't even have to read all of them, he remembered them already. He also asked, regarding to another form, where Nate works, if I have any biological children and who I was when I arrived to the USA. He also asked, regarding to my I-94 form, when was the last time I arrived to the United States and where. The man asked for how long I worked as an au pair, if Nathan hired me or maybe agency and also if I'm still in the agency.
If it comes to questions about our relationship, there wasn't many:
How did you meet? Here the answer made the officer smile and he said that he didn't have any case like that before ;) How did your relationship start? Nathan's answer: well, we've been living together from the very beginning... The officer said yep, yep, ok, it's obvious and he laughed again. When and where did you get married? And here I checked Nathan's memory haha

In general, I had this impression that the officer made his decision almost at the very beginning and when he looked at our documents and pictures (a lot of photos from our wedding) he said that everything was great and we were "good to go". The rest was just a formality. I need to tell you that it was pretty pleasantly, the man was friendly, we laughed a little bit, we even talked about something completely not related to our case but about what he saw in the tv. So it was pretty cool :) I had the impression that all the officers out there I saw were in good moods, they smiled and so on, so this helps to relax if someone is stressed. And how can you not be stressed if you go to talk to one person who will decide about your future life?

I smiled a lot when he put a stamp on my documents saying: APPROVED. He added that I'll receive my Green Card within 10 days from the moment of accepting this in his computer. I can't wait!
This green card is for 2 years and it has conditions on it. After these 2 years I'll have to send a form to remove these conditions. The officer said that you have to be married for 2 years to get a permanent green card.

So I don't know how it goes in different places but I personally think that USCIS in Atlanta is a nice place :) If any of you is before your interview for a green card, I'm sending you my support!


For the end, everything from the moment when we sent our application to its acceptance took only 3 months! What it usually takes is at least 6 months. I'm very happy about that! Below I'll show you how it looked in dates.



Updates:
* May 1 - application sent
* May 4 - application in Chicago
* May 12 - e-mail confirmation from USCIS about receiving our application
* May 19 - traditional mail confirmation that USCIS is working on our case; I got my Alien number
* May 20 - letter with a scheduled fingerprints visit in USCIS
* June 3 - visit in USCIS to give them my fingeprints
* June 30 - letter with a date for scheduled interview
* July 17 - accepted and issued form for Employment Authorization
* July 23 - letter with Employment Authorization and my card
* July 27 - interview in USCIS in Atlanta



Talk to you next time!
Aga

Sunday, May 3, 2015

Jesteś wysoka, więc powinnaś być bardziej konserwatywna, bo twoje nogi wyglądają wyzywająco i to jest ZŁE!

// ENGLISH VERSION HERE //


Hejka!

Dzisiejsza notka z serii "misz-masz". Jest niedzielny poranek, słoneczko świeci, na dworze baaaardzo ciepło, Alicia u Fang, a Nate jeszcze śpi. Nie mam jeszcze planów na dziś, ale pewnie gdzieś pójdziemy lub posiedzimy po prostu na zewnątrz, pogramy w piłkę czy cokolwiek. Czas się zrelaksować po składaniu mojej aplikacji, o której wspominałam TUTAJ, a którą wysłałam wczoraj i od momentu wysłania przestałam być taka pewna, że na pewno mam wszystko, czego potrzebowałam. No ale to normalne. Przy okazji zapraszam do polubienia fejsa TUTAJ.

Piosenka na umilenie czasu!




***


Ostatnio Alicia powiedziała mi, że chciała ze mną porozmawiać. Powiedziała: Aga, this is serious... but not too serious. Usiadłyśmy więc i zaczęła mi opowiadać różne rzeczy i popłakała się po jakimś czasie mówiąc mi, że bardzo cieszy się, że mnie ma oraz że mnie kocha i dobrze się ze mną czuje. Zapytałam, skąd ten smutek powodujący łzy, a ona na to: czasami ludzie płaczą ze szczęścia! Wiem, o co jej chodzi, ale w moim przekonaniu nie da się płakać ze szczęścia. Płacz spowodowany jest smutkiem, który albo sie czuje świadomie, albo nie. W tym przypadku wydaje mi się, że ten smutek spowodowany jest tym, że ona od tak dawna chciała powiedzieć coś takiego swojej matce tak całkiem szczerze, ale to było takie udawane, że teraz gdy ma okazję powiedzieć to w momencie, gdy naprawdę to czuje to jest szczęśliwa z tego powodu, ale też nagle wraca do niej ten cały czas, kiedy tak chciała i nie wychodziło i czuje, jak ciężko jej było i w ogóle... Dlatego uśmiecha się i płacze w tym samym momencie. A mi się robi ciepło na sercu.

Ogólnie według mnie bardzo ważne jest to, żeby być smutnym wtedy, gdy jest się smutnym. Wiecie, o co mi chodzi? Gdy mam łzy w oczach to jestem świadoma tego, że coś się dzieje, bo nie pojawiają się one bez powodu (nigdy!) i to czy się zatrzymam na chwilę, czy oleję sprawę to tylko moja decyzja. Za każdym razem, gdy się zatrzymam, znajduję wyjaśnienie tego płaczu i od razu mi lepiej, bo jestem w stanie rozwiązać problem, jaki mam albo przynajmniej zacząć nad tym pracować. Mój problem polega na tym, że czasami wolę udawać, że jest okej, gdy nie jest, ale to już inna sprawa... I według mnie to nie ma nic wspólnego z pozytywnym nastawieniem do życia! Bo uczucia nie są stałe - one się zmieniają jak w kalejdoskopie. Wszystkie - zaczynając od miłości, przez radość, smutek, do nienawiści, itp. Możemy być smutni i płakać jak dzieci, ale jednocześnie być pozytywnie nastawionym do różnych spraw, co na chwilę po prostu odeszło na dalszy plan dając miejsce tym uczuciom, które potrzebują wyjść na światło dzienne w danym momencie. I według mnie bardzo ważne jest to, by dać im do tego szansę.



***


Porozmawiajmy o wzroście!

Wiecie, co usłyszałam wczoraj? To, że jak dziewczyna jest wysoka i chce założyć sukienkę krótszą niż maxi, to powinna wybrać taką, która jest krótka z przodu, by "pokazać nogi", ale dłuższa z tyłu, żeby "było bardziej konserwatywnie", natomiast niższe dziewczyny mogą nosić sukienki, które są krótkie z obu stron, bo te niskie nie są tak "wyzywające", jak te wysokie. Serio?! No przepraszam, że mam długie nogi, bardzo mi przykro! A tak serio to nie, nie jest mi przykro ani trochę, nie chcę też być "konserwatywna" oraz nie chcę, by ktokolwiek mówił mi, że powinnam.

Zaczęłam więc przeglądać YouTube klikając na kolejne rekomendowane filmiki i w końcu trafiłam na takie, w których wysokie dziewczyny (mówiąc wysokie mam na myśli te powyżej 180cm wzrostu) noszą sobie szpilki czy koturny i opowiadają o tym, z jakimi reakcjami się spotykają i jak owe reakcje na nie działają i tak dalej. Podoba mi się ich podejście; to, że noszą co im się podoba i nie zwracają uwagi na innych ludzi; że są pewne siebie i akceptują się w 100%. Ale też nie zawsze tak było, bo presja rówieśników jest czasem dość ciężka do zignorowania, więc osiągnięcie tego stanu lubienia siebie zajmuje czasami sporo czasu (nie zawsze, ale czasami). Szkoda, że tę pewność siebie trzeba odbudować po zrujnowaniu jej przez innych, ale to już jest inna sprawa.


Jeśli chodzi o moje doświadczenie a'propos tego, co słyszę od innych, to podam Wam przykłady pierwsze z brzegu:

1. Nie powinnaś nosić obcasów, bo i tak jesteś wysoka. / Jesteś wystarczająco wysoka bez obcasów. / Dlaczego nosisz szpilki, skoro i tak zawsze jesteś wysoka? / Serio musisz być jeszcze wyższa? / Nie wolisz obcasów 4cm, zamiast 8? / Ile masz wzrostu?
To tak, jakby powiedzieć niskiej osobie: nie powinnaś nosić tych trampek, bo jesteś za niska na płaskie buty! 
Poza tym, powodem do noszenia obcasów nie musi być to, że kobieta chce być wyższa niż jest. Powody są różne, np.: nogi fajnie wyglądają, pupa się podnosi, plecy się prostują, zmienia się postawa, takie buty są po prostu ładne. I pewnie znalazłabym więcej powodów, ale nie przychodzą mi one teraz do głowy.
Inna sprawa to fakt, że wysokie dziewczyny mają stopy proporcjonalne do wzrostu, czyli większe niż popularny rozmiar 38 (osobiście mam jakieś 40,5/41/42 - w zależności od sklepu i buta; amerykańskie 10/10,5/11). Co za tym idzie, według mnie, jeśli chodzi o dobór butów to są dwie opcje - płaskie albo wysokie. Nic pomiędzy, bo w obcasach 4cm moje stopy wyglądają jak kajaki!

2. Ale ty jesteś wysoka!
No, dzięki za informację, bo nie wiedziałam :-) W 90% przypadkach, gdy poznaję kogoś czy zaczynam z kimś rozmowę, rozpoczyna się ona od tego właśnie tekstu. I dlaczego tak jest? Bo to jest cecha bardzo charakterystyczna i ciężko nie zwrócić na to uwagi. Czasami ludzie zapamiętują mnie w taki sposób i później łatwiej im sobie przypomnieć, o kim mówią: Aga, ta wysoka blondyna. Niedawno jedna pani w sklepie krzyknęła na całe gardło: o, pani z Polski! Gdy powiedziałam, że jestem zaskoczona, że zapamiętała to odpowiedziała: a bo jesteś taka wysoka, że łatwo zapamiętać. Mimo tego, że ma to dla mnie sens to nadal mnie to irytuje... Bo przecież ile można?

3. Powinnaś grać w siatkówkę albo koszykówkę/być modelką!
No nie, wolę taniec. Serio, ludzie? Czy to są jedyne trzy rzeczy, które wysocy mogą robić? Dlaczego moja przecząca odpowiedź tak często budzi zdziwienie? Naprawdę trudno zrozumieć, że nie lubię grać w koszykówkę albo nie chcę być modelką?

4. Jesteś wyższa ode mnie!
To da się usłyszeć głównie od facetów, bo dziewczyny są jakoś bardziej neutralne jeśli chodzi o różnice wzrostu. W jednym z filmików, które widziałam wczoraj, jeden koleś skomentował innych facetów, którzy mówią dziewczynom, że te są za wysokie czy też że są wyższe od nich, itp. Powiedział, cytuję: "I think it comes from the bitchness. If dudes are saying it, they're saying it because they go: or no, she's way too tall, that makes me feel like a little bitch so I want her to get a little bit lower so I don't feel that much of a little guy." :-) I na tym zakończę ten punkt.


Zawsze, gdy słyszę teksty w stylu tych z punktu pierwszego, to w myślach zadaję osobie, która to mówi, takie pytania: czy ja sprawiam ci jakiś problem? Jeśli tak, to jaki? Czy jestem dla ciebie jakimś zagrożeniem? Jakim? Czy obrażam cię w jakiś sposób? W jaki, jeśli tak jest? Czy krzywdzę cię jakoś? Jak? Czy jesteś w stanie powiedzieć mi dokładnie o co ci chodzi mówiąc o swoich uczuciach, czyli coś w stylu: gdy nosisz obcasy, czuję się tak i tak, sprawia mi to taki i taki problem...? (Nawiasem mówiąc, chyba zacznę zadawać tego typu pytania i stworzę jakiś reportaż czy coś haha To byłoby interesujące.)
Gwarantuję, że nie znajdę osoby, która na którekolwiek z tych pytań odpowiedziałaby twierdząco. Jeśli tak by się stało, to byłabym wielce zdziwiona i na pewno napisałabym o tym na blogu.
Zróbmy mały eksperyment... Pokazuję Wam dwa zdjęcia...


...i mówię: na tym po lewej mam jakieś 196cm wzrostu, na tym po prawej jakieś 190cm, zadając jednocześnie pytanie: czy to, jak wyglądam na tych zdjęciach, sprawia komuś z Was jakikolwiek problem? Jeśli tak, to jaki?

A jak wygląda sytuacja, kiedy to jestem o wiele wyższa niż ktokolwiek z mojego otoczenia bez butów? Powinnam zamknąć się w domu i nigdzie nie wychodzić? Przykład na fotce po lewej: moja siostra, po środku jej przyjaciółka i po prawej ja.



Tego typu stwierdzenia to problemy osoby, która je wygłasza, a nie moje. Oczywiście większą uwagę zwróciłabym na nie, gdybym usłyszała I-statement (swoją drogą, pisałam o tym TUTAJ), zamiast pouczania mnie co powinnam, a czego nie. Jakbym powiedziała bardzo szczupłej osobie, że nie powinna nosić obcisłych ciuchów, bo tylko pokazuje bardziej swoją figurę, a przecież jest taka chuda; lub gdybym powiedziała osobie grubej, że nie powinna nosić spodni/spódnic/sukienek krótszych niż te do kostek, to oskarżona byłabym o nietolerancję w obu przypadkach. A to działa na tej samej zasadzie w moją stronę przecież, tylko wtedy to jest takie normalne dla innych.
A'propos tego, co jest normalne, bo to też ważna kwestia w tym temacie. Wiele ludzi ma swoje własne standardy, których się trzymają i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie narzucali ich innym, a trzymali je tylko dla siebie i swojego własnego ciała. Wiecie, mają swoje pudełko, do którego wrzucają tych, którzy pasują, czyli tych, którzy: są normalni czyli szczupli, ale nie za chudzi i nie za grubi, rozmiar 38 jest okej, ale 40 to już otyłość; są normalni czyli nie za niscy, ale też nie za wysocy, chociaż tutaj jest to bardziej skomplikowane, bo podobno "facet zaczyna się od 180cm" a "prawdziwa kobieta to ta, która jest niższa niż 174cm"; mają normalne związki, czyli te, w których facet jest wyższy od kobiety. A gdzie ci, którzy do tych standardów nie pasują? Są wywalani i pouczani, że powinni to i tamto, a nie powinni tego innego, bo osoba, która te standardy ustala, tak właśnie twierdzi i tak ma być. Powiedzielibyście pewnej siebie, ładnej kobiecie z dwójką dzieci i mężem, która czuje się świetnie ze swoim ciałem i uważa, że jest inteligentna i w ogóle, że NIE JEST PRAWDZIWĄ KOBIETĄ, bo ma 180cm, zamiast max. 174 i w dodatku raczy założyć szpilki? Parze, która się kocha, że nie powinni być razem, bo dziewczyna jest wyższa od swojego partnera? Albo dziewczynie, która ma 10kg więcej niż powinna mieć, że jakim prawem wychodzi do ludzi, że jej miejsce to dom, żeby nikt jej nie widział, bo jest obleśna? No chyba nie. A ja wiecznie słyszę, że jestem za wysoka i to jest ok? No nie dla mnie i gwarantuję, że wiele innych wysokich dziewczyn potwiedziłoby moje słowa.


I dalej o normalności... Porównywanie bardzo niskich do bardzo wysokich, co zobaczyć możecie na zdjęciu powyżej. Przekrzykiwanie się, kto ma gorzej, kto lepiej, kogo bardziej lubią faceci, kogo mniej, itp. Porównywanie osoby zdrowej, która po prostu jest wysoka do tej, która ma problemy zdrowotne, przez które nie urosła... Jaki to ma sens?

Inna sprawa jest taka, że w wielu przypadkach chodzi o zazdrość i niskie poczucie własnej wartości. Nie mówię tu o zazdrości w rodzaju "chciałabym być taka wysoka", chociaż to też się zdarza tylko akurat w tych przypadkach słyszę to wprost bez owijania w bawełnę, ale o zazdrości w stylu: jesteś taka pewna siebie, czujesz się dobrze ze sobą, nosisz co chcesz i nie zwracasz uwagi na zdanie innych, chodzisz z wysoko podniesioną głową, ale nie zadartym nosem... też bym tak chciała, ale nie potrafię i dlatego mówię ci, że nie powinnaś tego robić, bo mam nadzieję, że to sprawi, że przestaniesz i ja nie będę się czuła gorsza. I nie ma w tym nic złego, bo ta osoba ma prawdziwy problem, z którym nie może sobie poradzić. I według mnie to jest zdecydowana większość przypadków. To, z czym ja mam problem to sposób, w jaki inni dzielą się tym, gdy zdają sobie sprawę z tego, że ten problem mają. Bo na pewno są tacy, którzy nie wiedzą i twierdzą, że nie powinnaś nosić tych szpilek, bo jesteś za wysoka, a na pytanie DLACZEGO tak uważasz? odpowiedzą... nie wiem. Wiedzą, że coś jest nie tak, ale nie wiedzą co i po prostu uważają, że tak nie powinno być i koniec. A ja bardzo bym chciała, żeby te osoby zastanowiły się nad tym trochę, bo po jakimś czasie na pewno dojdą do odpowiedniego wniosku.

Skąd biorą się te standardy? Nie pochodzą one z głowy. Są narzucane z góry, czyli głównie z mediów. Żyjąc w czasach, w jakich żyjemy, ciężko jest to wszystko ominąć i naprawdę podziwiam tych, na których nic takiego nie działa, o ile tacy gdziekolwiek są. Od małego jesteśmy narażeni na te wszystkie rzeczy zaczynając od kontaktów z rodzicami, którzy już wsiąkli w to wszystko i przekazują to dzieciom.

Wiecie, nie musimy lubić tego, jak wyglądają inni; nie muszą podobać nam się wszyscy ludzie; nie musi nam się podobać to, jak inni się ubierają... Ale według mnie to, że coś nam się nie podoba nie oznacza, że ta dana osoba powinna to zmienić, bo wtedy my będziemy czuć się lepiej. Z jakiej racji niby? Ja sama muszę poradzić sobie z moimi własnymi problemami po ewentualnym podzieleniu się nimi z inną osobą, ale w sposób, który nie wejdzie w jej strefę prywatności, czyli mówiąc o moich własnych uczuciach.

Ja bardzo chciałabym, żeby te pudełka, o których wspomniałam, przestały istnieć. Żyjcie swoim życiem tak, jak chcecie i dajcie żyć innym tak, jak oni chcą! Kurde, jak będę chciała, to założę 10cm obcasy lub szorty i koturny, i wyjdę sobie na dwór i na pewno nie zdejmę ich tylko dlatego, że ktoś mi powie, że nie powinnam ich nosić. Bullshit. Nie będę brała w tym udziału, chociaż jestem prawie pewna, że nadal będą mi niektóre rzeczy przeszkadzać, bo ile można tego słuchać... Już mi się to znudziło, naprawdę. Jak jeszcze niedawno myślałam sobie, że zazdroszczę tym, którzy np. przefarbują sobie włosy na niebiesko i nie obchodzi ich to, jak bardzo zwracają na siebie uwagę, bo zwyczajnie lubią swój kolor włosów i tak chcą wyglądać; lub tym, którzy mają bardzo widoczną nadwagę i mimo tego noszą szorty czy obcisłe koszulki, bo lubią i dobrze się w nich czują; tak teraz po napisaniu tego posta stwierdzam, że nie ma ze mną NIC złego, jestem NORMALNA, wyróżniam się od większości, ale to NIE jest złe! I nie chcę rezygnować z tego, co naprawdę mi się podoba, co lubię i w czym fajnie się czuję tylko dlatego, że pozwalam innym ludziom na wpływanie na mnie w taki sposób. Nie chcę na to pozwalać! Jeśli ktoś ma problem z tym, jak wyglądam, no to trudno, to NIE jest mój problem. Dlatego dzięki, że mogłam się tu wygadać, bo pomogło mi to w dojściu do kilku wniosków :-)

Muszę tu jeszcze dodać na zakończenie tego tematu, że w Polsce w 99% przypadkach komentarzy na temat mojego wzrostu były komentarzami negatywnymi. Tutaj w US spotykałam się z pozytywnymi komentarzami i doświadczeń z tymi negatywnymi jeszcze nie miałam i może mieć nie będę, nie wiem, natomiast filmiki, które oglądałam nagrywane były przez dziewczyny mieszkające tutaj w Ameryce. Nie wiem w sumie po co to mówię... Chyba tak tylko dla wyjaśnienia.

Ciekawa jestem, jakie Wy macie zdanie na ten temat?


***


I takie jedno foto na koniec... Nawiązując do powyższego akapitu: Nate jest ode mnie niższy jakieś 2-3cm :-)

Widzicie, jakie super koszulki? Nie widać jakoś perfekcyjnie, ale to są dwie myszki - dziewczyna i chłopak - które dają sobie buziaka :-D


Wczoraj wybraliśmy się na dość długi spacer po okolicy i porobiliśmy trochę zdjęć, które miałam Wam pokazać, ale już nie chcę tak nawalać w tym poście, więc dodam je za tydzień czy dwa.


Do następnego!
Aga

You're tall so you should be more conservative because your legs look provocative and this is WRONG!

// POLISH VERSION HERE //



Hey!

Today's post is a "hotchpotch" kind of post. It's Sunday's morning, the Sun is shining, it's very warm outside, Alicia is at Fang's house, Nate's still sleeping. I don't have any plans for today yet but I think we'll go somewhere or we'll just sit outside, play a ball or whatever. It's time to relax after collecting documents for my green card application which I sent yesterday. Since that moment I've been wondering whether I had everything I needed or not. But well, it's normal. By the way, feel free to li

A song for you!




***


Recently Alicia told me she wanted to talk. She said: Aga, this is serious... but not too serious. We sat down and she started to talk to me about different stuff and after a while she started to cry and said she was so happy she had me and that she loved and she felt good with me. I asked where this sadness comes from and she said: people sometimes cry because they're happy! I know what she meant but I believe that you can't cry from happiness. Crying is caused by a sadness that we're aware of or we're not aware of. In this case, I think, this sadness was caused by Alicia's need to say something like this to her mother being completely honest with it but she had to pretend and so now when she had the chance to say it when she really felt it, she feel so happy because of this new experience and at the same time that time when she wanted to and it didn't work comes back to her and she remembers how difficult it was and so on... That's why she smiled and cried at the same time. And I feel warmth in my heart.

I think, generally, that it's very important to be sad when you're sad. You know what I mean? When I have tears in my eyes, I'm aware of the fact that there's something happening because they don't come with no reason (ever!) and this is my choice whether I decide to stop for a while and think about it or to ignore it. Every time when I stop, I find an explanation for my tears and I feel much better because I'm able to solve the problem or at least to start working on it. And I think it doesn't have anything to do with a positive attitude to your life! Because feelings aren't permanent - they change all the time. All of them - starting with love, through happiness, sadness, to hate, etc. We can be sad and cry like babies and at the same time be positive about different things which went a little bit away for a while to give some room to feelings which need to come out at the moment. And I think it's very important to give them that chance.



***


Let's talk about height!

Do you know what I heard yesterday? I heard that if a girl is tall and she wants to wear a dress which is shorter than maxi, she should pick one that is short in front to "show legs" but longer in back to "be more conservative" but short girls can wear dresses which are short in both sides because shorter girls aren't "provocative" but the tall ones are. Seriously?! I'm sorry I have long legs, I'm very sorry! OK, honestly, I'm not sorry even a tiny bit and I also don't want to be "conservative" and I don't want anyone to tell me that I should.

I started to watch recommended videos on YouTube and I eventually found some in which tall girls (by saying tall I mean above 5'9'') wear heels and wedges and they talk about other people's reactions and how these reactions affect them and so son. I like their approach; that they wear whatever they like and they don't pay attention to what others think and that they accept themselves in 100%. But it wasn't always like this because others' pressure is sometimes difficult to ignore and so reaching the point when you like yourself takes a lot of time sometimes (not always though). It's sad that some people have to rebuild their self-confidence after other people ruined it.


If it comes to my experience about what I hear from other people, here you have first examples I thought of:

1. You should wear heels because you're tall anyway. / You're tall enough without heels. / Why are you wearing heels if you're always tall? / You really need to be taller than you are? / Don't you prefer to wear 1.5in heels instead of 3in ones? / How tall are you?
It's as if I told a short girl: you shouldn't wear those convers because you're too short for flat shoes!
Besides, the reason why women wear heels doesn't have to be that they want to be taller than they are. Reasons are different, for example: legs look cool, butt goes up, your back is straighter, your posture changes, shoes like that are pretty. And there's more I think but I can't think of any more right now.
The other thing is the fact that tall women have feet which are proportional to their height which means they're bigger than a popular size of 7,5 (I have a size of 10/10,5/11 - depends on a shoe and a store). What follows this is that if it comes to picking shoes, there are two options - flats or high heels. Nothing in between because if I wore 1.5 heels, my feet would look like kayaks.

2. You're so tall!
Oh, thanks for this information because I didn't know :-) In 90% of the cases when I meet someone new and I start our talk, it begins with this kind of sentence. Why's that? Because this is something very visible and it's hard not to pay attention to that. People sometimes remember me because of this and later it's easier for them to know who they want to talk about: Aga, this tall blond. Not that long time ago one woman in Target yelled to me: oh, Mrs from Poland! When I told her I was surprised she remembered me, she said: because you're so tall it's easy to remember. It makes sense to me but it still irritates me as well... Because hey, how many times will I have to hear it?

3. You should play volleyball or basketball/be a model!
No, I prefer dancing. For real, people? Are they only things tall people can do? Why are people so surprised when I deny doing any of these things? Is it really that hard to understand I don't like playing basketball or that I don't want to be a model?

4. You're taller than me!
This is something that is easier to hear from men because girls are usually more neutral if it comes to the difference between heights. In one of videos I watched yesterday there was that guy who commented other men which tell girls they're too tall or taller than they are, etc. He said: "I think it comes from the bitchness. If dudes are saying it, they're saying it because they go: or no, she's way too tall, that makes me feel like a little bitch so I want her to get a little bit lower so I don't feel that much of a little guy." :-) And I'll finish this part now.


Every time when I hear something like things from #1, I have questions in my head like: do I cause you any problems? If so, what kind? Am I some kind of a threat? for you? What kind? Do I offend you somehow? How, if I do? Do I harm you? How? Are you able to tell me that you mean exactly talking about your feelings, which would be something like: when you wear heels, I feel this and that and it causes me this problem...? (By the way, I think I'll start asking questions like this and I'll create a report or something haha That would be interesting.)
I guarantee you that I won't find a single person who would answer this question as YES. If it happened, I'd be very surprised and I'd surely tell you that.
Let's do a little experiment. I'm showing you two pictures...


...and I'm saying: in the one on the left I'm like 6'4'' and on the one on the right I'm about 6'2'' and I'm asking: does the way I look in those pics cause any of you any problems? If it does, what are those problems?

And what about the situation when I'm naturally taller than someone else when I'm not wearing heels? Should I shot the door and stay at home forever? An example on the left: my sister, her friend and me.



Things like this are problems of a person who says them, not mine. Of course, I'd pay more attention to those problems if I heard an I-statement (I talked about this subject HERE) instead of being taught what I should and what I shouldn't. If I told a very skinny person that she shouldn't wear tight clothes because she shows more of her body which is very thin; or if I told a fat person that she shouldn't wear pants/dresses/skirts shorter than those touching ankles, people would tell me I'm not tolerant in each case. And it works to me too but then it's so normal to other people.
Speaking of what's normal because it's an important thing here. A lot of people have their own standards that they're held on to and there wouldn't be anything wrong with it if they didn't put their standards on other people and they kept them for themselves and their own bodies. You know, they have their boxes and they put in them people who fit which means people who: are normal which means they're skinny but not too thin and not too fat, a size 8 is fine but 10 is way too big; are normal which means not too short and not too tall and this is a little bit more complicated because apparently "a man is one who's taller than 5'9" and "a real woman is shorter than 5'7"; they have normal relationship which means that a man is taller than a woman. And where are those who don't fit these standards? They're thrown away and taught that they should this and that and they shouldn't other things because a person who sets these standards think so and this is the only way. Would you tell a self confident, pretty woman with two children and a husband who feels great with her own body and thinks she's intelligent and so on that SHE ISN'T A REAL WOMAN because she's 5'9'' and she dared to wear high heels? Would you tell a couple that they shouldn't be together because a girl is taller than her partner? Or a girl who's 22lbs heavier than she should be that why she goes anywhere to people, that her place is her home because nobody should look at her because she's gross? I don't think you would. And I very often hear that I'm too tall and this is OK? Not to me and I guarantee you that a lot of other tall girls would confirm my words.

And more about normality... Comparing very short girls to very tall girls what you can see in the picture above. Arguing who's in a worse situations, who's in a better one, who's more attractive to men and who's less, etc. Comparing a person who's healthy and is just tall to a person who has some health problems which are a reason why this person isn't taller... Does it make any sense?

Moreover, in a lot of cases it's all about jealously and having or rather not having a self-esteem. I'm not talking about jealously like "I'd like to be as tall as you", even though it happens sometimes as well but in this case I always hear a honest thing. What I'm talking about is this kind of being jealous like: you're so confident, you feel well with yourself, you wear whatever you want to and you don't care about what other people think, you have your head up but you're not bitchy... I'd like to be the same but I can't so I'm telling you that you shouldn't do that because I hope it'll make you stop and then I won't feel worse than you. And there's nothing wrong with that because this person has a real problem and she doesn't know how to handle it. And I think it's this way in most cases. What I have a problem with is that how they share it with me when they're aware of it. Because there are people who aren't aware and they say you shouldn't wear these heels because you're too tall and when I ask WHY do you think so? they say... I don't know. They know there's something wrong but they don't know what and so they think it's the way it shouldn't be and that's all. I'd love them to think a little bit more about it because I'm sure they'll find an explanation after a while.

Where do those standards come from? Not from your head. They come from above which means from media mostly. Living in these days it's very hard to ignore things like that and I admire people who are able to do it if there are any.

You know, we don't have to like the way other people look; we don't have to like the way they dress... But in my opinion the fact that we don't like something doesn't mean that that person we don't like has to change whatever it is just because we'll feel better. Why? I myself have to handle my own problems after sharing them with someone else but only in a way which won't cross their boundaries which means by talking about my own feelings.

I'd love those boxes I talked about to disappear. Live your lives the way you want to and let other people live theirs the way they want to! Damn, if I want to wear 4in heels or shorts and wedges, I'll do it and I'll go outside and I surely won't take them off only because someone till tell me that I shouldn't wear them. Bullshit. I won't take a part in it but I'm pretty sure I'll still be irritated sometimes because I'm tired of listening to things like that. I'm bored with this too, really. Not too long ago I was thinking I envied people who, for example, had blue hair and they didn't care about what others think because they simply like their hair like that and they want to look this way; or I envied people who are visibly very fat and they wear shorts or tight tops because they like them and they feel good in them; now after I typed this post I came to a conclusion that there's NOTHING wrong with me, I'm NORMAL, I stand out in a crowd but this is NOT bad! And I don't want to forget about what I like and what I feel good in only because I allow other people to affect me in this way. I don't want to allow them to do it! If someone has a problem with how I look, then oh well, this is NOT my problem. So thank you for letting me talking about this here because it helped me to find those conclusions :-)

I'm curious, what are your opinions about this?


***


And a pic for the end... Related to what I was talking about above: Nate is 0.8in shorter than me :-)



We went for a long walk yesterday an we took a lot of pictures. I wanted to show you them but I don't want this post to be any longer so I'll show you them in one or two weeks.


Talk to you next time!
Aga

Saturday, April 25, 2015

Aplikowanie o zieloną kartę po ślubie z obywatelem USA - krok po kroku. (+ aktualizacje na bieżąco)

Hejka!

Co słychać? U mnie spokojnie, jak zawsze. Ostatnio wracam do moich ulubionych piosenek, których nie słyszałam dawno i tak oto słucham sobie właśnie Michaela Jacksona... Od Scream, przez Beat it, Stranger in Moscow, Who is it, po Blood on the dancefloor, Privacy, They don't care about us i wiele, wiele więcej... Ahh, to jest muzyka!
Właśnie gotują mi się warzywa do sałatki jarzynowej z majonezem. Taaaaką ochotę na nią mam od dłuższego czasu, że w końcu się zebrałam, żeby zrobić. Przypuszczam, że będę jedyną osobą, która będzie ją jadła, no ale cóż... Trudno, więcej dla mnie, nie?

Macie piosenkę, która umili Wam czytanie postu :-P





***


A teraz do rzeczy!


Dzisiaj przygotowałam dość długi post, w którym postanowiłam opowiedzieć Wam o tym, jak ogarniam wszelkie papierkowe sprawy związane z zalegalizowaniem mojego pobytu w Ameryce. Wiem, że często w wielu miejscach pojawiają się pytania i wątpliwości dotyczące tego, jak to właściwie wygląda, więc może mój post będzie w jakimś stopniu pomocny. Tym bardziej, że sama wkurzałam się nie raz, bo w internecie niby jest wszystko, a jak czegoś naprawdę się potrzebuje, to nic nie można znaleźć... Zaznaczam od razu na początku, że niektóre przepisy mogą różnić się między stanami albo nawet hrabstwami i choć zmiany te raczej nie byłyby jakieś duże, to nadal proponuję zapoznać się z tymi w Waszym miejscu zamieszkania na wszelki wypadek. Ten post będzie taką jakby podstawą, tak myślę, a jeśli chodzi o przepisy dotyczące aplikowania o zieloną kartę, to chyba wszędzie są takie same.

Dodam jeszcze, zanim zacznę, trzy takie sprawy:
1. Ten post NIE dotyczy i nie promuje zawierania związku małżeńskiego tylko w celu otrzymania zielonej karty - ja osobiście takich akcji nie popieram! Wyszłam za mąż z miłości, a dodaję to wszystko po to, by pomóc tym, którzy są w podobnej sytuacji.
2. Po wyjściu za mąż/ożenieniu się z obywatelem/obywatelką USA, NIE dostaje się ani zielonej karty, ani obywatelstwa tak po prostu. Związek małżeński jest do tego podstawą, ale o wszystko trzeba się starać. Najpierw trzeba złożyć aplikację o zieloną kartę, a dopiero potem po trzech latach od jej otrzymania, o ile dalej jest się małżeństwem,  można aplikować o obywatelstwo. Samo nic się nie robi... A szkoda!
3. Wszystko, co jest zawarte w tym poście podparte jest moim własnym doświadczeniem i tyczy się sytuacji w stanie Georgia.


W związku z tym, że w lutym wyszłam za mąż, aplikuję o zieloną kartę cały czas posiadając jedynie mój formularz DS-2019, bo moja wiza J-1 wygasła wraz z ostatnim dniem pierwszego roku pobytu tutaj jako au pair (3 listopada 2014) i nie starałam się o nową; ważność mojego DS mija 3 listopada 2015. Nie muszę wracać do Polski ani lecieć nigdzie indziej, by składać dokumenty i powiem nawet więcej - składanie ich w USA jest o wiele prostsze, niż będąc poza granicami kraju. Po jakimś czasie od wysłania dokumentów (zazwyczaj 2-3 tygodnie) dostaje się tzw. alien number. 


Mały spis treści tego, co znajdziecie w tej notce:
1. Zawarcie związku małżeńskiego w stanie Georgia.
2. Zmiana nazwiska po ślubie.
3. Aplikowanie o Green Card.
    a) Jakich dokumentów potrzebujemy? Wskazówki dot. wypełniania wniosków.
    b) Wizyta u lekarza; badania.
    c) Gdzie wysyłamy nasze dokumenty?
4. Co po wysłaniu?
5. Co z agencją Au Pair?
6. Wskazówki
7. Kto może aplikować o green card?


Jeśli jesteście zainteresowani, jak to wszystko dokładnie wygląda od samego początku, przez cały proces zbierania dokumentów, itp., czytajcie dalej!


1. Zawarcie związku małżeńskiego w stanie Georgia.
By wziąć ślub, obie strony muszą mieć ze sobą dwa dokumenty potwierdzające tożsamość (tak mi powiedziano, chociaż końcowo poproszona zostałam tylko o jeden) oraz każda ze stron po przynajmniej jednym świadku (świadkowie nie muszą być obywatelami USA; nie muszą mieć nawet zielonej karty - w przepisach niby jest, że trzeba mieć świadków, ale my ich nie mieliśmy i wszystko było ok). Niepotrzebny jest żaden akt urodzenia czy chrztu, natomiast akt urodzenia może być użyty jako jeden z dwóch wymaganych dokumentów tożsamości (musi być przetłumaczony na język angielski, ale nie musi być potwierdzony notarialnie). 
Najpierw trzeba zabrać dokument tożsamości i iść do urzędu (Probate Court) po marriage license (dostaje sie od ręki zazwyczaj; obie osoby muszą być tam razem), a następnie znaleźć kogoś, kto upoważniony jest do udzielania ślubów. Umówić się z tą osobą i tyle. Może to być ksiądz, urzędnik lub zwykły szary obywatel, który ma uprawnienia. Zawrzeć związek małżeński można gdziekolwiek sobie wymyślicie - nawet w centrum handlowym, jeśli macie taką ochotę. Spis uprawnionych osób znaleźć można w internecie (np. TUTAJ).
W czasie ceremonii osoba udzielająca ślubu podpisuje marriage license, które to następnie wysłać trzeba z powrotem do tego samego urzędu i po kilku dniach pocztą dostaje się marriage certificate.  
Koszt marriage license to $76 za dwie osoby. Słyszałam, że jak się odbędzie nauki przedmałżeńskie, to płaci się mniej, ale nie wiem ile.
Wziąć ślub można w jakimkolwiek hrabstwie, ale w tym samym stanie, w którym wzięliśmy licencję.
Przy aplikowaniu o licencję zaznaczamy, czy chcemy zmienić nazwisko po ślubie, czy też nie. Na marriage certificate kobieta nie ma wpisanego nowego nazwiska (więcej o tym w następnym punkcie).
Jakbyście chcieli pooglądać foty i poczytać co nieco z mojego ślubu, to zapraszam TUTAJ.

Ciekawostki:
W Georgii nielegalne jest branie ślubu z osobą tej samej płci - zmieniło się to 26 czerwca 2015 roku, kiedy to Sąd Najwyższy podjął decyzję o zalegalizowaniu związków małżeńskich par homoseksulanych we wszystkich 50 stanach (wcześniej było to legalne w 38); ojca z córką lub pasierbicą; matki z synem lub pasierbem; brata z siostrą; dziadka z wnukiem; ciotki z siostrzeńcem; wuja z siostrzenicą. Legalne jest natomiast zawracie związku małżeńskiego kuzyna z kuzynką. 
W GA do 1 lipca 2003 roku przed zawarciem związku małżeńskiego trzeba było poddać się badaniom krwi. 
W GA trzeba mieć minimum 16 lat, by ubiegać się o marriage license i jeśli ma się 16 lub 17 lat, oboje rodziców lub prawnych opiekunów muszą być obecni.


2. Zmiana nazwiska po ślubie.
Zmiana nazwiska w dokumentach w USA jest dość prosta. Trzeba zabrać swój akt małżeństwa (u mnie + dowód tożsamości, najbardziej aktualny wydruk I-94 oraz DS-2019) i udać się do Social Security Office w celu zmiany nazwiska na karcie. W internecie proponują ten krok jako pierwszy i w sumie jest to dobra decyzja, bo to SSN to taki nasz PESEL, więc w razie co, później będzie łatwiej załatwić resztę (z tego, co powiedziała mi babka w urzędzie). Numer zostaje ten sam, zmienia się jedynie nazwisko. Nową kartę dostaję się do 14 dni roboczych od złożenia wniosku, a wszystkie dane w systemie aktualizują się w ciągu 24 godzin od złożenia wniosku.
W razie zmiany nazwiska w banku, na prawie jazdy czy na czymkolwiek innym - wystarczy mieć dowód tożsamości i akt małżeństwa (chyba że dana instytucja wymaga czegoś dodatkowego - warto sprawdzić na wszelki wypadek).
Najbardziej oficjalną zmianą jest ta na prawie jazdy.
Jak wspomniałam wyżej, na świadectwie ślubu nie ma wpisanego nowego nazwiska kobiety i trzeba je sobie samemu zmienić. Jest zapis, przykładowo "Anna Kowalska wyszła za mąż za Piotra Nowaka", ale nie ma nic w stylu "i zmieniła nazwisko"...
Ja zmieniłam swoje i bardzo się z tego cieszę :).


3. Aplikowanie o Green Card.
Po wyjściu za mąż/ożenieniu się z obywatelem/obywatelką USA, możemy od razu wysłać aplikację o zieloną kartę. Nie polecam pozostawać na terenie Stanów nielegalnie, bo w razie jak się coś wyda lub będziecie zmuszeni wrócić do Polski, bardzo prawdopodobne jest, że otrzymacie bezwględny zakaz powrotu do USA na 10 lat. I co po niektórzy mówią, że jest ten program ochronny dla Polaków pozostających w US nielegalnie do roku czy coś tam... Być może. Jeśli ktoś chce ryzykować, to proszę bardzo. Ja osobiście nie chcę :-) 


a) Jakich dokumentów potrzebujemy? Wskazówki dot. wypełniania wniosków.
Lista jest długa i wydaje się skomplikowana, ale jak się człowiek za to zabierze, to ostatecznie wcale nie jest tak ciężko. Tym bardziej, że w wielu formularzach wpisujemy te same dane. No, o ile ma się wszystkie potrzebne dokumenty.

Są dwa sposoby na aplikowanie. Jeden składa się jakby z dwóch tur - najpierw wysyła się jedną część (nie do końca wiem co, ale wszystko jest na stronie USCIS) i później stopniowo dostaje się kolejne informacje dotyczące tego, jaki jest nasz następny krok (dotyczy on osób, które aplikują będąc poza granicami USA). Drugi to wysłanie wszystkiego za jednym razem. W niektórych formularzach jest miejsce na wpisanie A number czyli ten alien number, o którym wspomniałam, a którego nie mamy, jeśli aplikujemy będąc na terenie USA, bo w takim przypadku możemy wysłać wszystko za jednym razem, więc pole to zostawia się puste.

Uwaga: jeśli dziewczyna po ślubie przyjęła nazwisko męża, w formularzach wpisuje nowe nazwisko, chyba że poproszono o maiden name lub different names used.

Jeśli ktoś potrzebuje pomocy we wnioskach, to piszcie, chętnie pomogę.


Co wysyłam? 

01. G-325 - biographic information - KLIK
(jeden dla mnie i jeden dla Nathana)
/wymagane

02. G-1145 - E-notification of Applicant/Petition Acceptance - jeśli chcemy mieć dostęp do statusu naszej sprawy online - KLIK
/opcjonalne i bardzo przydatne

03. I-485 - Application to Register Permanent Residence or Adjustment of Status - wniosek o rejestrację stałego pobytu lub zmianę statusu w kraju - KLIK
instrukcja - KLIK
+ opłata $1,070 ($985 - opłata aplikacyjna; $85 - odciski palców)
(wypełniałam ja)
/wymagane

04. I-94 - najbardziej aktualny
/wymagane

05. I-94 - historia podróży w razie wyjeżdżania poza granicę USA
/opcjonalne: prawniczka powiedziała, że nie trzeba, ale "zawsze lepiej mieć więcej, niż za mało"

06. I-130 - Petition for Alien Relative - petycja o ustalenie związku pomiędzy obywatelem USA, a osobą, która chce otrzymać zieloną kartę - KLIK
instrukcja - KLIK
+ czek na kwotę $420
(wypełniał Nate)
/wymagane

07. I-765 - Application for Employment Authorization - wniosek o pozwolenie na pracę - KLIK
instrukcje - KLIK
+ czek na kwotę $380 (UWAGA: Air w komentarzu zwrócił/a mi uwagę na to, że jeśli składa się I-485, to nie trzeba uiszczać dodatkowej opłaty za I-765. Przyjrzałam się więc instrukcjom i faktycznie tak jest. Dzięki! Jest też kilka innych przypadków, kiedy to opłata 380 dolców nie dotyczy, więc warto się temu przyjrzeć.)
(wypełniałam ja)
/opcjonalne

08. I-864 - Affidavit of Support - oświadczenie sponsora - KLIK
instrukcje - KLIK
(wypełniał Nate)
Klikając TUTAJ znajdziecie tabelki wyjaśniające ile dana osoba musi zarabiać, by być sponsorem i pod jakimi warunkami.
/wymagane

09. I-693 - badania lekarskie - KLIK
(wypełniał lekarz - więcej o tym pod tym spisem)
/wymagane

10. DS-2019 
(w razie posiadania wizy J-1; prawniczka powiedziała, że w razie przedłużania programu dobrze jest dołączyć tak nowy, jaki stary DS)
/opcjonalne

11. kopia odpisu zupełnego mojego aktu urodzenia + tłumaczenie na angielski (tłumaczenie powinno być potwierdzone notarialnie, ale nie musi - czasem proszą o nowe, czasem nie; przetłumaczyć może każdy, kto zna angielski)
/wymagane

12. kopia aktu urodzenia Nathana
/wymagane

13. kopia naszego aktu małżeństwa
/wymagane

14. kopia mojego paszportu oraz wizy
/wymagane

15. kopia paszportu Nathana
/wymagane

16. kopia aktu małżeństwa z poprzedniego związku Nathana
/jeśli dotyczy

17. kopia orzeczenia rozwodu z poprzedniego małżeństwa
/jeśli dotyczy

18. employment letter - list od pracodawcy Nathana zawierający informacje od kiedy Nathan pracuje w tamtym miejscu, na jakim stanowisku, w jakim trybie oraz ile zarabia
(dotyczy sponsora)
/wymagane

19. kopie earning statements - Nathan (4 ostatnie)
/wymagane

20. kopie W2 Nathana za ostatnie 3 lata
/wymagane

21. kopie formularzy podatkowych Nathana (że płacił) - ostatnie 3 lata
/wymagane

22. 2 zdjęcia paszportowe Nathana oraz 2 moje zdjęcia paszportowe
/wymagane


No i dowody na to, że jest się małżeństwem z miłości, a nie dla zielonej karty, co jest wymagane :-)... Dowodami mogą być:
* zdjęcia (trzeba dodać min. 10 - najlepiej z rodzinami, przyjaciółmi, w miejscach publicznych)
* wspólne konto bankowe
* wspólne ubezpieczenie zdrowotne/jakiekolwiek inne
* wspólne rachunki
* listy zaadresowane do obojga
* dopisanie do własności domu/auta
* listy od przyjaciół/członków rodziny
* wyniki badań w razie, gdyby kobieta była w ciąży
* wpólne rozliczenia podatkowe
* i nie mam więcej pomysłów w chwili obecnej...


Dobrym pomysłem jest załączenie listu ze spisem wszystkiego, co urzędnicy znajdą w kopercie w kolejności, w jakiej owe dokumenty są poukładane, a formularz G-1145 dać na samym początku.


b) Wizyta u lekarza; badania.
Jedną z rzeczy, jaką musimy zrobić, to wybranie się do lekarza w celu wypełnienia formularza I-693. Nie może to być jakiś zwykły doktor! Musi to być osoba, która zajmuje się badaniami w celach imigracyjnych. Powiem szczerze, że ja kontakt dostałam od znajomej (chętnie podzielę się nim z osobami, które są z okolicy Atlanty i są w podobnej sytuacji) i nie wiem, gdzie znaleźć resztę, ale przypuszczam, że na stronie USCIC są odpowiednie informacje. Przy takiej wizycie musicie mieć ze sobą listę szczepień przetłumaczoną na język angielski. Lekarz sprawdza i dzięki temu jest w stanie stwierdzić, co musicie mieć zrobione, a co nie. Najbardziej popularne jest szczepienie na grypę, tężec oraz próba tuberkulinowa. Ja miałam dwa szczepienia, ale próby nie miałam, bo miałam ją robioną jako dziecko i wynik będzie ten sam. Pobrali mi też krew. Także za całość (sprawdzenie dokumentów + pobranie krwi + dwa szczepienia) zapłaciłam $308. Gdybym miała robioną próbę tuberkulinową, musiałabym płacić więcej, ale nie wiem ile.
Ciekawostka: jeśli wynik próby jest pozytywny, to lekarz nie podpisuje papierów od razu, tylko kieruje na prześwietlenie płuc (dodatkowe ok. $30-40). Jeśli na prześwietleniu wszystko jest okej, to daje podpis i można odebrać dokumenty, gdy są gotowe (dostaje się dwa zestawy kopii: jedna dla Was, a druga dla USCIS w zaklejonej kopercie, której nie możecie otwierać, by mieli pewność, że nic nie jest sfałszowane). Jeśli coś jest nie tak, to nie daje podpisu i trzeba odbyć min. 6 miesięczne leczenie no i powtórzyć badania po tym czasie.
Żadne ubezpieczenie nie pokrywa kosztu badań lekarskich w celach imigracyjnych (tak powiedział mi doktor), natomiast moje ubezpieczenie pokryło mi prześwietlenie. Nie jest to jednak ubezpieczenie programu au pair, więc nie wiem czy akurat to dałoby cokolwiek, ale przypuszczam, że nie.


c) Gdzie wysyłamy nasze dokumenty?
Zależy od tego, co wysyłacie i gdzie mieszkacie, a odpowiednie tabelki z adresami znajdziecie TUTAJ.


4. Co po wysłaniu?
Musimy cierpliwie czekać na to, aż urzędnik łaskawie zaprosi nas na rozmowę w urzędzie imigracyjnym...
W trakcie oczekiwania na decyzję (z nieważną już wizą i w niektórych przypadkach z wygaśniętym formularzem DS-2019) nie możemy np. podróżować poza granice USA, bo nie będziemy mieli możliwości powrotu.
Aplikacje w sprawie bliskiego krewnego (np. małżonka, ojca) mają status priority, ale nadal trwać to może 6, 9 albo i 12 miesięcy. Jeśli wyszliście za kogoś, kto pracuje dla wojska, to czekać będziecie o wiele krócej. 
Pozwolenie na pracę otrzymać można przed otrzymaniem decyzji o zielonej karcie i czas oczekiwania na owe pozwolenie wynosi zazwyczaj do 90 dni od złożenia odpowiedniego formularza.
Prawniczka powiedziała mi, że zdarzają się sytuacje, kiedy coś się stanie i ktoś jest poinformowany, że zostanie deportowany do swojego kraju, bo przy nieważnych dokumentach i w czasie oczekiwania na decyzję o green card przebywa w US nielegalnie. Powiedziała również, że nigdy nie zdarza się, by do tej deportacji doszło, bo wtedy informuje się ich, że hej, wszystkie dokumenty zostały wysłane i czeka się na odpowiedź od USCIS, ma się alien number i w ogóle (tak swoją drogą, dobrze byłoby mieć go zawsze przy sobie na wszelki wypadek). Powiedziała też, że wyznaczają termin rozprawy sądowej dotyczącej ewentualnej deportacji i jeden z jej klientów dostał termin rozprawy na... za 4 lata i musiał na ten dzień czekać tutaj w US; po 5 tygodniach od wyznaczenia owego terminu dostał pozwolenie na pracę (!), a zieloną kartę po 7 miesiącach od tamtego dnia, po czym umożyli sprawę sądową. Jaki to ma sens? No nie ma żadnego :-) Więc wiecie, jakby komuś z Was przytrafiła się taka sytuacja, to bez obaw! (Wiem, jak to brzmi... Sama pewnie umarłabym na atak serca.)
Wiem, że po otrzymaniu zielonej karty nie można wyjeżdżać poza granice USA na dłużej niż rok (jeśli nie mamy odpowiedniego zezwolenia), bo wtedy nie będzie możliwości zdjęcia warunków z tej tymczasowej (dwuletniej), którą dostaje się na początku oraz nie będzie też możliwości starania się o nową przez kilka kolejny lat (niestety zapomniałam ile). Jak ma się już zieloną kartę to każda nieobecność dłuższa niż 180 dni będzie musiała być wpisana później we wniosku o obywatelstwo amerykańskie.
Można stracić zieloną kartę po popełnieniu przestępstwa kryminalnego i niepłacenie podatków się do tego zalicza.


5. Co z agencją Au Pair?
Legalne jest zawarcie związku małżeńskiego przebywając w Stanach na wizie J-1.
Jeśli macie jakiekolwiek pytania w tej kwestii (zasady agencji, itp.), nawet te z natury "ciekawość" to skontaktujcie się ze mną korzystając z któregoś z TYCH sposobów :-)


6. Wskazówki
* Zacznij ogarniać dokumenty wcześniej, bo czas leci bardzo szybko i lepiej robić wszystko stopniowo, niż zostawiać całość na ostatnią chwilę. Pierwsze czym się zajmij to dokumenty, które musisz ściągnąć z Polski oraz ich tłumaczenia.
* Jeśli mówią Ci, żeby załączyć 10 zdjęć to nie musisz koniecznie załączać tylko 10. Im więcej zdjęć (i innych rzeczy potwierdzających, że Wasze małżeństwo zawarte zostało z miłości) tym lepiej! Jeśli jakiś urzędnik się znudzi i przestanie je oglądać w połowie to trudno. Lepiej go znudzić nieco, niż dostać później prośbę o dostarczenie większej ilości dowodów, bo wtedy pojawi się stres i wszystko przeciągnie się w czasie.
* Koniecznie staw się z partnerem/partnerką na interview z urzędnikiem na czas! Albo w ogóle przed czasem. (To jeszcze przede mną, ale sporo się już nasłuchałam na temat tego spotkania.)
* Umów się z jakimś prawnikiem (immigration attorney) przed wysłaniem dokumentów, by mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Taka osoba sprawdzi Ci wszystkie wnioski i podpowie, co ewentualnie można zmienić, co dodać, co wywalić; odpowie na wszelkie pytania. Bez problemu można znaleźć kogoś w internecie, bo jest ich pełno, a ceny są bardzo różne - ja za godzinną konsultację zapłaciłam $50, a moja znajoma aż $450.
* Dokumenty do urzędu imigracyjnego wyślij przesyłką rejestrowaną z potwierdzeniem.
* Sprawdź po cztery razy wszystkie dane, które wpisywaliście w formularze - szczególnie wszelakie numery.
* Upewnij się, że masz zdjęcia, na których jesteście razem z innymi ludźmi - rodziną, przyjaciółmi, na koncertach, imprezach, na plaży, itp. To ważne, bo pokazuje, że się nie ukrywacie ze swoim związkiem, że spędzacie razem czas, że inni Was widzą. Jeśli nie macie wielu takich zdjęć, koniecznie załączcie więcej innych dowodów.
* Jeśli wiesz, że ważność Twojego dokumentu pozwalającego Ci na legalne przebywanie w USA straci ważność przed otrzymaniem zielonej karty to upewnij się, że załatwisz sprawy jak np. stanowe prawo jazdy czy SSN wcześniej, bo w czasie oczekiwania na zieloną kartę nie będziesz mieć możliwości załatwienia ich (by the way, SSN to najlepiej wyrobić od razu po przylocie albo przed składaniem wniosków chociaż, żeby mieć co w nich wpisać).
* Zatrzymaj sobie kopie wszystkich dokumentów, które wysłaliście; od wniosków, przez różne akty, po czeki. Pilnuj również wszelkich dokumentów otrzymanych od biura imigracyjnego, łącznie z rachunkami, potwierdzeniami, itp. Zachowaj kopie potwierdzenia wysyłki dokumentów, by mieć dowód na to, że naprawdę się to zrobiło w razie, gdybyś został/a oskarżony/a o nie wysłanie czegoś.


7. Kto może aplikować o green card?
Dodaję ten punkt jako taki bonus, bo czasem dostaję wiadomości z pytaniami w stylu "kiedy mogę aplikować o zieloną kartę?", więc może się to przyda. Tak więc...
* bliska rodzina obywatela USA (rodzice, małżonek, dzieci poniżej 21. roku życia, brat, siostra - każda z tych kategorii ma oddzielne ramy czasowe i stopień ważności)
* aplikowanie poprzez pracę (praca w restauracji czy w hotelu się do tego nie zalicza)
* osoby ze statusem uchodźcy, ich dzieci
* inne sposoby znajdziecie TUTAJ



W chwili obecnej nic więcej nie przychodzi mi do głowy i wydaje mi się, że napisałam wszystko, co miałam. Sprawdziłam też ten post chyba z 10 razy i myślę, że nic nie pomieszałam. Dajcie znać w komentarzach, jakbyście mieli jakieś pytania - odpowiem, jeśli będę umiała. Będę edytować ten post na bieżąco przy każdej zmianie w mojej sprawie, żeby mieć później wszystko w jednym miejscu, co pewnie niektórym z Was się kiedyś przyda.


Do następnego,
Aga



UPDATES:
* 1 maja 2015 - wysłanie pełnej aplikacji
* 4 maja 2015 - dostarczenie przesyłki do Chicago (sprawdzałam status na stronie USPS)
* 12 maja 2015 - mailowe potwierdzenie otrzymania aplikacji przez USCIS
* 19 maja 2015 - pocztowe otrzymanie potwierdzeń, że USCIS pracuje nad naszą sprawą; otrzymanie Alien number
* 20 maja 2015 - list z wyznaczonym terminem wizyty w USCIS w Atlancie w celu oddania odcisków palców
* 3 czerwca 2015 - wizyta w USCIS w celu oddania odcisków palców
* 30 czerwca 2015 - list z wyznaczonym terminem interview
* 17 lipca 2015 - zaakceptowany i wydany wniosek o pozwolenie na pracę (Employment Authorization)
* 23 lipca 2015 - list z Employment Authorization i z kartą
* 27 lipca 2015 - interview w USCIS Atlanta Application Support Center