Saturday, August 2, 2014

Miami, Key West, zdjęcie z małpką!!!, karmienie kangurów i więcej... czyli tydzień z Kate :).


Home sweet home! - chciałoby się powiedzieć melodyjnym głosem po powrocie z Miami po pięciu dniach nieobecności. Niby nie tak długo, ale jednak się stęskniłam, więc dobrze było być znów na miejscu. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo dobrze się bawiłam przez ten czas razem z Kaśką, która to była w Miami przez nieco ponad miesiąc. Wczoraj obie miałyśmy samoloty - ona o 16:40, a ja 16:41 ;) - z tą różnicą, że ja wracałam do domu zaledwie 1,5 godziny drogi od Miami, a ona niestety miała dziewięcio godzinny lot do Frankfurtu, potem z dwie godziny na lotnisku i później jeszcze dwie godzinki do Warszawy. Biedna, musiała wracać tam... Bez sensu. Ja uważam, że porobiłyśmy trochę naprawdę fajnych rzeczy, a o tych najfajniejszych opowiem Wam w tej notce.


To, co zanotowałam po przylocie, to fakt, że temperatura była wyższa tam niż w Atlancie o mniej-więcej dziesięć stopni. Przez te pięć dni codziennie smażyłyśmy się w ok. 40-45 stopniach Celsjusza i świeciło na nas non stop pełne słońce. Raz tylko była burza, ale to wiecie, jak to jest na Florydzie - jest upał i świeci słońce, po czym w jednym momencie nadchodzą chmury, leje deszcz (ewentualnie grzmi i błyska), ale ciągle jest gorąco, a po maksymalnie pół godziny niebo znów jest czyste i znowu świeci słońce.
Poza tym, pogryzły mnie jakieś małe robale, ale nie komary, tylko jakiś rodzaj meszek czy coś. Jak mnie to swędziało, to sobie nie wyobrażacie. Kupiłam sobie mocniejszy OFF, który przeznaczony jest dla ludzi, którzy spacerują gdzieś w głębiach lasu. Niestety lubi mnie wszystko, co wysysa krew ;).

Wieczorem w dzień po moim przylocie poszłyśmy sobie coś zjeść i znalazłyśmy się w restauracji, gdzie przywitał nas koleś, który wyglądał i zachowywał się tak, jakby był naćpany albo po kilku głębszych. Albo i to, i to. Tańczył na zewnątrz, śpiewał, skakał, zagadywał do ludzi w dość dziwny sposób... Generalnie nikt nie musiał się zatrzymywać, by chcieć usiąść ani nawet by przeczytać menu - on podchodził do prawie każdego, kto przechodził obok i zatrzymywał ich, pytając ile osób i wskazując stolik. Ludzie w większości byli całkiem zmieszani. Minus był taki, że my chciałyśmy iść właśnie tam, bo w tym miejscu mają bardzo dobrą pizzę. Wskazał nam więc stolik, po czym powiedział: "you're very sexy, very sexy!" W tym momencie to ja byłam zmieszana. Aż zapytałam kelnerki, czy on naprawdę tam pracuje. Ona odpowiedziała, że tak, ale widać było od razu, że czuje się zażenowana przez ten fakt. Sama powiedziała nawet: "he's very weird!" No ale to nic, później już nie musiałyśmy wchodzić w żadne interakcje z nim, więc zjadłyśmy, popiłyśmy i wróciłyśmy do hotelu. Oni mają tam takie ogromne koktajle i drinki, że szok! Nie pomyślałyśmy, żeby wziąć jeden na nas dwie, więc zamówiłyśmy po jednym... Dajcie spokój, wypiłam może z jeden, max dwa centrymetry od góry, a miałam wrażenie, że piłam i piłam, i piłam, i piłam...


Jedną z głównych rzeczy, jakie chciałyśmy zrobić, była wycieczka na Key West. Za taką w obie strony za dwie osoby z wliczonym już podatkiem, zapłaciłyśmy $138. Można było oczywiście znaleźć i takie tańsze (np. za 45 dolców za jedną osobę), ale postanowiłyśmy skorzystać z tej, którą oferował nasz hotel. Autokar odebrał nas o godz. 7, na miejscu byliśmy nieco po 11, a zbiórkę na powrót mieliśmy o 17:30. Niby nie dużo czasu, ale w sumie jak się nie ma jakichś konkretnych planów na muzea/ogrody/cokolwiek, to nie ma tragedii. Samo miasto też nie jest jakieś duże. Podobała mi się droga tam i z powrotem oczywiście też, bo jedzie się przez takie długie mosty i dookoła jest sama woda. Bardzo fajne widoki! 

Wiecie, że za zabicie kurczaka na Key West grozi kara $500?! Pierwszą osobą, która to powiedziała, był kierowca autokaru w momencie, gdy kurczak przeszedł przez środek ulicy i wszyscy się zatrzymali, by go przepuścić. Później zapytałam o to taksówkarza. Kurczaki na Key West objęte są ochroną! Kurczaki te wzięły się tam po roku 1860, kiedy to Kubańczycy zaczęli uciekać ze swojego państwa (z powodu Wojny Dziesięcioletniej). W związku z tym, że na Kubie kurczaki oznaczały pieniądze (ludzie używali ich do walk, co zostało zakazane w okolicach roku 1870), ludzie zabierali je ze sobą. Później zaczęły one tracić domy i zamieszkały na ulicach... 

Tam było nawet cieplej niż w Miami, więc ogólnie rzecz biorąc topiłyśmy się niesamowicie. Kupiłam nawet kapelusz, by kryć moją głowę przed słońcem! Nie lubię czuć tego bólu, który mam od jego nadmiaru. Poza tym od dawna szukałam jakiegoś, ale mój problem polega na tym, że mam dużą głowę ;) i ciężko było mi znaleźć taki, który nie byłby za mały. Właściwie za małe były wszystkie, które przymierzałam. Ten jeden okazał się idealny! Szkoda tylko, że był taki drogi...







Jeśli chodzi o samo miasto, to uważam, że ma klimat. Jest tam mnóstwo starych domków, w większości kolorowych, otoczonych mnóstwem drzew. Jakby tak odjąć pot lejący się z czoła, to mogłabym powiedzieć, że bardzo przyjemnie się tam spacerowało. Kaśka niestety nie mogła powiedzieć tego samego, ale nie będę tu wnikać w szczegóły ;).
Jeśli natomiast chodzi o plażę, to obie byłyśmy zawiedzione. Po pierwsze, ciężko było gdziekolwiek trafić, bo wiele plaż było prywatnych. Zapytałam więc jednego pana w jakimś hotelu, gdzie najlepiej pójść i wskazał miejsce w jakimś parku narodowym, gdzie jest podobno "najładniej". Nie mogę sobie przypomnieć nazwy, więc Wam nie powiem, ale powtórzę za to - byłam zawiedziona. Plusem było to, że woda w oceanie była tak samo ciepła, jak i w Miami, więc bardzo przyjemnie było sobie w niej posiedzieć.





muzeum sztuki

Zdjęcie trochę bez sensu, ale zrobiłam je, żeby Wam pokazać, 
jak wąskie były schody ruchome! 
Na zdjęciu jestem ja i już nie było miejsca, to sobie wyobraźcie...

W czwartek miałyśmy zamiar iść do miejsca, gdzie można sobie popływać z delfinami, ale niestety wszystkie terminy były zajęte. Tzn. mieli jeden wolny, ale na piątek o godz. 17, a my przed 17 miałyśmy samoloty, więc niestety... Wskazówka dla Was: jeśli chcecie robić takie rzeczy, to koniecznie dzwońcie i rezerwujcie przynajmniej trzy dni wcześniej, żeby mieć pewność. Zrobiłyśmy jednak coś innego! Widziałyśmy w okolicach Downtown spory budynek otoczony palmami i innymi drzewami z napisem "Jungle Island". Nie wiedziałyśmy, co to było, więc sprawdziłyśmy sobie w internecie. Okazało się, że to coś takiego jak zoo z tą różnicą, że dostępne są bilety, które pozwalają na interakcje ze zwierzętami! Można je trzymać na rękach, bawić się z nimi, karmić... Oczywiście nie wszystkie, bo jednak nie byłoby to takie bezpieczne np. z tygrysem albo organgutanem, którego jedna łapa jest wielkości mojego uda ;), ale generalnie była to świetna rekompesata! A nawet więcej, bo spełniłam kolejne swoje marzenie - potrzymałam i zrobiłam sobię zdjęcie z małpką :)))). 

Jeśli chodzi o bilety do tego miejsca, to ceny zaczynają się od $32 i rosną w zależności od tego, jaki typ chcecie. Te najtańsze to tylko samo zwiedzanie, jak w zoo, natomiast te, które my miałyśmy (wliczał się osobisty przewodnik, interakcja ze zwierzętami, upominek w postaci koszulki i zniżka w sklepiku z pamiątkami), to $265,50 (z podatkiem), które warto wydać, jeśli jesteście zajarani zwierzakami tak, jak my ;). Nasz przewodnik był w naszym wieku i był bardzo wyluzowany, co było super, bo mogliśmy porobić to, co najbardziej chciałyśmy, rozumieliśmy się, robił nam zdjęcia cały czas i w ogóle. Zadawałam miliony pytań, a jego wiedza była ogromna i widać było, że naprawdę kocha tę pracę i wszystkie zwierzaki. Trochę się obawiałam, że trafi nam się jakiś podstarzały przewodnik, który będzie zainteresowany jedynie tym, by odbębnić swoją pracę i iść do domu... Na szczęście się tak nie stało.


Na pierwszy ogień poszły lemury! Zachowują się i wyglądają jak małpy (z wyjątkiem ich twarzy - lemury mają taki jakby dziubek, jak np. szczury, natomiast małpy mają płaskie twarze), ale małpami nie są. Jest to gatunek małpiatki, co oznacza "przed małpami". Występują jedynie na Madagaskarze, mają długi ogon, są bardzo puszyste. Te na zdjęciach miały ok. zaledwie osiem miesięcy. Samice będą mogły mieć młode za ok. 16-18 miesięcy. Wszystkie, gdy urosną, będą prawie dwa razy takiej wielkości, jakie są teraz. Nie są ciężkie, ale nie pamiętam, ile ważyły. Mogą skakać na wysokość ok. 13 stóp, czyli niecałe 4 metry. Te na zdjęciach zachowują się jak ludzie w tym sensie, że śpią głównie w nocy, aktywne są w dzień, ucinają sobie drzemki w środku dnia... Jedzą głównie warzywa i owoce. Bardzo lubią się przytulać tak do siebie, jak i do ludzi - jeden z nich zasnął opierając głowę o moją dłoń i trzymając jednocześnie moje dwa palce w dłoni! To było mega urocze! Druga natomiast lizała mi twarz, co jakoś w ogóle mi nie przeszkadzało. Uwielbiają też bawić się włosami, więc dobrze się złożyło, że obie miałyśmy je rozpuszczone.




 

Papugi! Mega kolorowe i bardzo ciche. Dowiedziałam się, że rankami i wieczorami są niesamowicie głośne, a w ciągu dnia zachowują się raczej spokojnie. Niektóre mówią słówka typu "hi" albo "hello", a już szczególnie, gdy są głodne. Nie lubią za bardzo, gdy ludzie z nimi zadzierają, jak np. ten jeden facet, który irytował jedną z nich pukając ją lekko po głowie. Gdy Ryan powiedział mu "sir? I don't think she likes it!", roześmiał się tylko... Nie cierpię takich ludzi!




Lampart! Na tym samym wybiegu był również czarny. Ludzie bardzo często mylą czarne i myślą, że są to pantery. Ja też bym tak powiedziała, natomiast właśnie tam dowiedziałam się, że są też czarne lamparty. Widać było troszkę takie ciapki na tym czarnym, ale trzeba było się bardzo przyjrzeć. Niestety nie mam zdjęcia, bo gdzieś tam sobie poszedł i nie zdążyłam już zrobić.


Wiecie, jak nazywa się drzewo poniżej? "Sausage tree"! Można powiedzieć też "cucumber tree", ale taka właściwa nazwa to "kigelia". Rośnie na terenie RPA. To długie coś, co widzicie na fotce poniżej, to owoce, a gdzieś tam na końcach gałęzi znajdziecie też zamknięte kwiaty, które mają kolor purpurowy. Otwierają się w nocy, bo zapylają je nie pszczoły, ale... nietoperze! Nie wiem jednak, czy w tym przypadku "zapylanie" to dobre określenie. 


Kolejny był legwan! To takie jakby ostre coś na jego grzbiecie zbudowane jest z tego samego, co ludzkie paznokcie. Bardzo miękkie i można kłaść je po obu stronach jego ciała, co nie jest w ogóle bolesne. Wszystkie palce ma różnej długości, ale te różnice są zdecydowanie większe, niż np. u ludzi. Byłam w lekkim szoku, gdy dowiedziałam się, że na górze głowy umiejscowione jest jakby trzecie oko. Oczywiście zwierzak ten nie widzi przez nie nic dokładnie, ale pozwala mu ono widzieć jakieś ruchy, więc gdy np. widzi jakiś wielki ruszający się cień to wie, że ma zwiewać. Całkiem przyjemny osobnik z uroczymi policzkami!




I to, na co Kate czekała najbardziej, czyli wąż! Ten, to anakonda. Młoda jeszcze, ale już bardzo ciężka - przyniosły nam ją dwie osoby! Ta anakonda miała długość ok. 2 metrów, a, gdy dojrzeje, może dojść nawet do 4,5m! Te, które mieszkają na dziko, mogą ważyć nawet 250kg, co robi z nich najcięższe (ale nie najdłuższe) węże na świecie. Gdy chce coś/kogoś zabić, to nie wbija zębów z jadem, tylko zwyczajnie ściska. Węże te mają swego rodzaju "czujniki", które, przy duszeniu, umiejscowują w okolicach serca i puszczają, gdy nie czują już żadnego drgania.
Fotka z wężem musiała być! W końcu wiecie... Moje nazwisko do czegoś zobowiązuje ;).



Później kangury! Wyglądały na małe, ale jak jeden z nich stanął na łapach na prosto, to sięgnął pewnie do ok. 175cm. Tutaj nie mam jakoś dużo do powiedzenia. Generalnie bardzo przyjazne zwierzaki, chociaż słyszałam, że potrafią kopnąć z ogromną siłą. Miały przymrużone oczy, bo świeciło słońce, co było swego rodzaju urocze... Nie wiem w sumie dlaczego mi się to tak podobało. 



Żółw na zdjęciu poniżej ma 84 lata! Wisiał sobie tak na ogrodzeniu, odpoczywając czy coś. Ryan dał nam marchewki, byśmy mogły go pokarmić. Jadł bardzo wolno, ale potrafił ugryźć taką jedną marchewkę w połowie i połknąć część, by po chwili połknąć drugą... Bez mielenia jej wcześniej. Zebów miał mnóstwo, ale były bardzo małe. Był ogromny! Miał pewnie ponad 1m długości. Nie wiem, jak z tym, ale ogólnie te żółwie ważą ponad 200kg, a największy zanotowany ważył aż 1000kg! Najdłużej żyjący miał 188 lat, więc coś czuję, że jeszcze długa droga przed tym poniżej :). Bardzo lubi być drapany po szyi, co pokazuje, poprzez wyciąganie głowy coraz dalej i wyżej.



Biały tygrys! Piękny! W tej samej zagrodzie był też zwykły tygrys, lew oraz biały lew. Niestety tylko ten był w takiej pozycji, że był sens robić zdjęcie. Reszta albo leżała, albo się gdzieś pochowała po cieniach.


Później zostałyśmy zaprowadzone do takiego małego szpitala na tyłach, gdzie widziałyśmy jeszcze jednego węża i był to najmniejszy, jakiego w życiu widziałam. Ten miał zaledwie 8 miesięcy. Dowiedziałyśmy się, że węże (przynajmniej ten rodzaj - nie wiem, jak z resztą) rosną bardzo wolno. Nie pamiętam niestety, jaki to jest rodzaj ani jak duży będzie, gdy dorośnie.



I na koniec to, co najważniejsze w tym samym miejscu! MAŁPKA!!!! Ta miała zaledwie roczek i, gdy Ryan nam ją przyniósł, przytulona była do swojego pluszaka (też małpa, btw), który robił jej za mamę. W sumie, to nie wiem, co stało się z jej matką... Jeśli przewodnik coś o tej sprawie mówił, to chyba byłam zbyt podekscytowana, by to zanotować ;). Generalnie była przeeeeeesłodka! No większego słodziaka dawno nie widziałam! Ta jej mała twarzyczka i te oczka, które się we mnie wpatrywały! Niesamowite! Na początku była nieco wystraszona, co jest oczywiste, ale później się już ośmielała coraz bardziej i bardziej, aż w końcu zaczęła skakać ze mnie na Kate i tak w kółko... Ona też bardzo lubiła bawić się włosami! Naprawdę, powiem Wam, że to było niewiarygodne dla mnie, bo od tak długiego czasu chciałam sobie potrzymać małpę i zrobić z nią zdjęcie, że, jak w końcu nadszedł ten moment, to zacieszałam jak głupia! Mega się cieszę :).




No i taki widoczek na koniec tej wycieczki...


Ciekawostka: wiecie, że Beyonce pojechała do Jungle Island z okazji urodzin jej córki i też bawiły się ze zwierzętami? Z tą różnicą, że ona zapłaciła im, by zamknęli cały obiekt i miały do dyspozycji wszystko dla siebie, a pracownicy przynosili im tylko zwierzaki po kolei.

Wieczorem poszłyśmy do restauracji na jakąś kolację, gdzie serwowali OGROMNE porcje! No takich, to ja jeszcze nigdzie nie widziałam. Zrobiłam foto mojej sałatki, ale na zdjęciu i tak nie wygląda na tak olbrzymią, jaka była w rzeczywistości. Następnego dnia przed wylotem pojechałyśmy jeszcze na jedną plażę, a potem na lotnisko... Dobre było to, że loty miałyśmy w tym samym czasie, to mogłyśmy spokojnie jechać razem i żadna nie musiała później czekać. To lotnisko w Miami jest tak zbudowane, że po jednej stronie są loty międzynarodowe, a po drugiej krajowe, ale można sobie spokojnie przechodzić z jednej do drugiej, więc pożegnałyśmy się tuż przed boardingiem. Ja sobie oczywiście coś jeszcze zjadłam, bo przecież wiecznie głodna jestem, i kupiłam sporo pocztówek, które mam zamiar rozesłać na Postcrossingu, bo dalej w tym działam. W Atlancie byłam po niecałych dwóch godzinach lotu, a z lotniska odebrał mnie oczywiście Nathan.





Jeśli ktoś z Was planuje wycieczkę do Miami Beach i ląduje na lotnisku międzynarodowym (MIA), to polecam wziąć albo jakiś transport hotelowy, jeśli Wasz hotel taki ma, albo "super shuttle", które zawiezie Was gdziekolwiek chcecie. Za to do centrum Miami Beach zapłacicie w okolicach $20, natomiast taksówka wyniesie Was ponad $30. Do Downtown jest oczywiście taniej.

Tak się zastanawiam, co tam jeszcze i w sumie myślę, że to tyle na razie. Podsumowując, cieszę się, że miałyśmy okazję się spotkać i naprawdę spędziłam tam bardzo fajny czas! W dodatku nigdy nie byłam taka opalona, jak jestem teraz. Normalnie jak na moje możliwości, to jestem mega brązowa, ale inni, którzy nie widzieli wcześniej mojej białej skóry dziwią się, gdy mówię, że się opaliłam ;). Bardzo lubię Miami, ale tylko na chwilę... Tak sobie pojechać raz na jakiś czas na weekend, to spoko (dobrze, że mam blisko!), jednak siedzieć dłużej nie ma sensu, gdy już się zobaczy wszystko. No chyba że ktoś lubi spędzać sporo czasu na plaży, to wtedy jak najbardziej jest sens. Ja nie lubię, a poza tym nie mogę, więc to nie dla mnie. Nie mogłabym tam mieszkać na pewno.

Odznaczyłam kolejne dwa punkty z mojej "to do list" - odwiedziny Key West i foto z małpą!

Mam nadzieję, że to, co tu powypisywałam, było dla Was choć trochę interesujące!

Do następnego (środa/czwartek),
Aga

24 comments:

  1. Super wycieczka! Widoki piękne, a zdjęcia ze zwierzętami cudowne. Fajne miejsce to Jungle Island. :)

    Buziaki! :*

    ReplyDelete
  2. Posiadasz aska basz instagram ? :D btw sliczne widoki !! ;d

    ReplyDelete
    Replies
    1. Niieee... Nie mam ani tego, ani tego. Mam konto na Twitterze - https://twitter.com/gusiekkk , ale piszę tam raz na jakiś czas, niezbyt często. Mam też photobloga - http://www.photoblog.pl/bluechoco - i tam piszę często, ale zazwyczaj daję jakieś odnośniki tutaj, bo ten blog jest teraz moim głównym miejscem w sieci :).

      Delete
  3. Maaaałpkaaaaa!! Jeeeny zawsze chciałam mieć małą małpkę! :D
    Jaka ona słooodka!! :)) Ogólnie zwierzaki super, muszę się kiedyś tam wybrać.
    Widoki niesamowite, chyba się nie nacieszę jak już będę na miejscu, będę robić miliony zdjęć! :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja też!!!! Może kiedyś będziemy miały taką w domu :D.

      Delete
  4. Zapewniam, że ta sałatka była OGROMNA... tutaj wyszła jak jakaś mała popierdółka ;o
    Katarina.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zdjęcia czasem w ogóle nie oddają rzeczywistości :(.

      Delete
  5. Ja na początku myślałam, że chodziło Ci o Kanye West'a :D, że go gdzieś w restauracji spotkałaś czy coś, a tu jakiś szalony koleś tylko :D :D poza tym masz mega śliczny strój! :) i ogólnie super zdjęcia!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Haha nie, nigdy go nie widziałam :D.
      Dzięki!!

      Delete
  6. Aaa, z zazdrości niewiele napiszę ;p ehm, marzenie, by móc wybrać się tam...i jeszcze te zdjecia z małpką i żółwiem :) cudo :) widać, że dobrze się bawilaś i oby tak dalej :) czekam na kolejne fajne fotki z miejsc, w których jesteś :) Pozdrawiam.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Trzymam kciuki, żebyś spełniła to marzenie! :D

      Delete
  7. ale faaaajna małpka :) jezu, jestem totalnie zakochana w tym zdjęciu jak stoisz w wodzie i masz kapelusz na głowie *.*
    wakacje marzenie - naprawdę, od razu mam więcej energii by przetrwać ten dzień lol.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nooo, też mi się podoba :))
      Cieszę się, że dodałam Ci energii!

      Delete
  8. Pytanie może nie związane z tematyką posta (bardzo ciekawego z resztą), ale czy byłaś może na widowni finałowego odcinka Twoja Twarz Brzmi Znajomo? Wydawało mi się, że w pewnym momencie pokazana została podobna do Ciebie dziewczyna. Pozdrawiam :).

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie. Swego czasu byłam w tv bardzo często, ale akurat w tym programie nigdy nie brałam udziału. On się zaczął chyba jak mnie już w Polsce nie było... Tak mi się wydaje :).
      Pozdrowienia!

      Delete
  9. jeju jakie słodziaki <3 kiedyś nawet chciałam mieć małpkę!
    a pływanie z delfinami to moje marzenie, więc dobrze wiedzieć, że trzeba takie coś wcześniej rezerwować:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Też chciałam :) W sumie to nadal chcę!

      Delete
  10. Hihihih ja tez przez wiele lat marzylam o tym zeby miec taka mala sajmiri w domu :)

    ReplyDelete
  11. Mam pytanie z jaką agencją wyjeżdżałaś?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Gawo. Wszystkie informacje są w zakładce o szczegółach mojego wyjazdu.

      Delete
  12. Ale fajne takie miejsce ze zwierzakami. Zawsze jak jestem u nas w zoo to chciałabym się pobawić z małpkami, a jedyne co tam można zrobić to nakarmić kozy i konie. Może kiedyś uda mi się wyjechać za ocean! :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. No ja w Polsce też nie widziałam takiego miejsca, żebym mogła potrzymać małpkę czy cokolwiek :/

      Delete