Monday, September 23, 2013

zostało 41 dni! / #2 Dublin

Hej, to znowu ja :).

Dziś dostałam maila z agencji, że 4 listopada lecą jeszcze dwie dziewczyny, z czego jedna też z Warszawy, czyli tak, jak ja (oby nic się nie zepsuło po drodze - wypluwam - tfu, tfu!). Przyznam, że spodobała mi się ta informacja, bo z kimś zawsze lepiej. Można się wspierać w krytycznych momentach czy coś :D. Natomiast przeraziły mnie instrukcje dotyczące ubiegania się o wizę. Z jednej strony proste, a z drugiej czuję, że może być ciekawie...

***

Ok, to teraz chwila oddechu od tematu mojego wylotu do Stanów (w co dalej nie mogę uwierzyć!!!!) i przyszedł czas na kilka słów o wycieczce do Dublina. Aż tak długiego postu o tym mieście, jak o Berlinie, nie dam, bo niewiele wiem. Ale takie tam moje obserwacje z niecałych czterech dni będą, a co!

Ciekawostką na start niech będzie to, że Ryanair ma limit bagażu rejestrowanego max 15kg. Odprawiając się na Okęciu, miałyśmy 14,8kg! Normalnie waga w oczach! Poza tym wszystko było spoko, nie miałyśmy żadnych problemów, a i kolejki wszystkie szły bardzo szybko, więc nawet na nic nie musiałyśmy czekać.

Z lotniska w Dublinie do centrum miasta można bez problemu dojechać miejskim autobusem. Za bilet trzydniowy zapłaciłam 15euro. Poruszałam się tylko autobusami, które, według mnie, są genialnie zorganizowane. Wszędzie mnóstwo przystanków, jeżdżą co chwilę i właściwie wszędzie da się dotrzeć bez problemu.



To, co muszę Wam powiedzieć to fakt, że byłam mega, ale to mega zaskoczona i zdecydowanie zachwycona tym, jacy Irlandczycy są mili i kulturalni! Nigdy nie spotkałam się z tym, żeby pasażerowie wychodzący z miejskiego autobusu dziękowali kierowcy i żegnali się z nim, życząc miłego dnia. Ktoś mnie lekko szturchnął na ulicy, a od razu się odwracał i przepraszał z uśmiechem na twarzy. Nie zliczę, ile razy słyszałam "I'm sorry, hello ladies, thank you, how are you?". Przechodnie potrafili uśmiechać się do innych bez powodu, co u nas niestety nie jest zbyt częstym widokiem. 
Btw, ja wcale nie narzekam na Polskę cały czas ;)!

Strasznie ciężko było mi się przestawić na ruch lewostronny na te zaledwie kilka dni. Wiem, że jakbym tam posiedziała dłużej, to w końcu bym się nauczyła, ale serio było mnóstwo momentów, gdy nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć, przechodząc przez ulicę! Całe szczęście na wielu przejściach były napisy na jezdniach takie, jak to na poniższej fotce. Bardzo pomocna rzecz.



A'propos przejść, czy w innych miejscach w Irlandii też tak jest, że ludzie nie patrzą na auta i autobusy, tylko przechodzą sobie przez ulicę na czerwonym?! Wiem, że u nas też się to zdarza często, ale to, co widziałam w Dublinie sprawiało, że otwierałam oczy ze zdumienia. Jakiś pan chodzący o kulach, przechodzący przez środek ulicy wśród autobusów i samochodów to taki przykład pierwszy z brzegu. To się działo nagminnie i aż w pewnym momencie i ja z koleżanką zaczęłam tak robić. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że kierowcy nie trąbili, tylko czekali aż ktoś przejdzie mimo tego, że mieli zielone, a dany przechodzień nie. Ciekawe, ile tam jest wypadków z udziałem pieszych...

Pogoda oczywiście nie rozpieszczała, wiadomo. Całe szczęście, że wzięłyśmy kalosze, bo inaczej byłoby kiepsko. Ludzie tam są raczej przyzwyczajeni, bo mało osób używało parasolki. Najgorsze było to, że to nie był taki normalny deszcz, który popadałby załóżmy godzinę i później byłby spokój. Nie, nic z tych rzeczy. Tam padało po prostu non stop! Raz mżawka i nie wiadomo czy otwierać parasolkę, czy nie. Za chwilę spokój, a po pięciu minutach znowu deszcz, tym razem mocniejszy, oraz wiatr. Po paru chwilach znowu spokój i później znowu jakieś nie wiadomo co, padające z nieba. Okropna pogoda, naprawdę. Ale temperatura taka sama, jak teraz u nas.

Niskie domy z cegły, kolorowe drzwi i małe ogródki to krajobraz, jaki sobie wyobrażałam, lecąc tam. No i nie pomyliłam się oczywiście, bo tak to w większości wyglądało.



Przez pierwsze dwie noce spałyśmy w Ardmore Hotel (dojechać można z centrum miasta autobusem nr 140 albo 400, o ile dobrze pamiętam ten drugi numer, a tuż obok jest spore Tesco). Tym razem zaszalałyśmy, ale fajnie było raz mieć jakąś odmianę po tym, jak zazwyczaj korzystałyśmy z CouchSurfingu. Na trzecią noc nie miałyśmy noclegu, ale znalazłyśmy miejsce w Abraham Hostel w samym centrum, tuż obok przystanku autobusowego na lotnisko.
W hotelu za dwie noce za pokój z dwoma łóżkami zapłaciłyśmy 100 euro (cena ze zniżką spowodowaną rezerwacją pokoju przez internet ze sporym wyprzedzeniem; zniżka ta wynosiła albo 15, albo 20%, nie pamiętam dokładnie), natomiast jedno łóżko w hostelu za jedną noc kosztowało nad po 17 euro i w cenę wliczone było spore i dobre śniadanie na zasadzie szwedzkiego stołu. Polecam oba te miejsca!

Magda lubi robić zdjęcia w lustrze :P.

Oczywiście i na rozrywkę był czas! Jak już pisałam wcześniej, leciałyśmy tam głównie po to, by pójść sobie na występ The Chippendales, który odbywał się w The Olympia Theatre. Bilety miałyśmy na jeden, a na drugi weszłyśmy za darmo, ha! Ten teatr to klimatyczne miejsce, ale dość małe i dziwne było to, że balkony nie były połączone z miejscami na dole. Gdy ktoś z sektora wyżej chciał po pokazie zrobić sobie zdjęcia z chłopakami, to musiał najpierw wyjść na dwór i potem przejść naokoło, by wejść innym wejściem, prowadzącym na dolne sektory. Trochę bez sensu.
Tutaj nie będę się specjalnie wysilać z opowieściami, bo każdy musi sam zobaczyć, by wyrobić sobie swoje zdanie. Mnie się podobało :).



Po pokazie kierunek > pub. Pewna osoba (Amerykanin zresztą) powiedziała tamtego wieczoru, że "Guinness to najlepsze piwo na świecie". Okeeeej, niech będzie i tak! Mogłabym z tym polemizować, no ale faktycznie było dobre, chociaż przyznam, że nie wypiłam nawet połowy. 


Na zdrowie!

PS. W Warszawie obok Pl. Zamkowego (za zakrętem, jak się jedzie w stronę Pl. Krasińskich od kościoła św. Anny) jest irlandzki bar, na który większą uwagę zwróciłam dopiero teraz, chociaż od dawna wiedziałam, że tam jest. Przynajmniej wiem, że mam gdzie iść w razie, gdyby nagle zachciało mi się tego "najlepszego na świecie piwa" ;).

9 comments:

  1. Ponarzekałam sobie u Ciebie na blogu i zgłosiła się do mnie pierwsza rodzina :) Czekam na rozmowę na skype ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. O, no to super :D. A gdzie mieszkają?

      Delete
  2. W stanie Pensylwania:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To całkiem spoko. Daj znać jak tam po rozmowie :).

      Delete
  3. hej:) ja tez mam rozmowe na skype, ale dopiero za kilka dni. Aga mam pytanie, czy Ty podczas pierwszej rozmowy pytalas po prostu tak o wszystko?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Raczej tak, w końcu trzeba wiedzieć z kim będzie się mieszkać :D. Tzn. skorzystałam ze wskazówek, które miałam w "au pair handbook", bo wiedziałam, że stres może sprawić, że nie pomyślę o czymś istotnym :P. W czasie pierwszej rozmowy pytałam głównie o dziecko, o okolice, moje ewentualne obowiązki. A pytania w stylu czy będę mogła używać internetu, czy będę mogła zaprosić kogoś do domu Hosta, o wakacje, itp., zostawiłam na drugi raz, żeby nie było, że tylko to mnie interesuje czy coś.
      Host też mi powiedział "pytaj o cokolwiek", więc też dlatego nie miałam oporów :).

      Delete
  4. Ja kolejny weekend jade na "party" do Dublina :D

    ReplyDelete
  5. Tak, zdjęcia w lustrze z nami w rolach głównych są spoko :D <3
    Kolejny szalony wypad. Fajnie było :>

    ReplyDelete