Sunday, February 15, 2015

Powiedziałam 'TAK'! :-)) / San Francisco, San Diego & La Jolla

________________________
Notkę dodaję w dwóch wersjach, bo chcę ją wysłać do moich anglojęzycznych znajomych. A nieskromnie mówiąc - moje tłumaczenia są lepsze, niż tłumacz Google ;-D.


Wróciłam! I mam tyle do opowiedzenia...

Zacznę od tego, że odpisałam na wszystkie ostatnie komentarze, więc możecie sobie zajrzeć, jeśli jesteście ciekawi. Bardzo dziękuję tak za komentarze pod ostatnią notką na temat moich doświadczeń z czasów szkolnych - KLIK - jak i za wszystkie wiadomości o tym, które dostałam na Facebooku i mailowo. Bardzo wiele one dla mnie znaczą! Nie przypuszczałam, że moje zwierzenia wzbudzą w Was takie emocje i byłam mile zaskoczona, więc raz jeszcze - naprawdę dziękuję!

Po drugie i najważniejsze - z Kalifornii wróciłam już nie jako dziewczyna, ale narzeczona! Tak, Nathan mi się oświadczył. To, jak to zrobił, kiedy, w jakim miejscu i w ogóle, niesamowicie mnie zaskoczyło (o tym później). Cieszyłam się jak głupia później i przez cztery kolejne dni uśmiech nie schodził mi w ogóle z twarzy; momentami aż mnie policzki bolały. Wiem, że nigdy tego nie zapomnę. To wszystko, co usłyszałam wtedy i dzień później sprawiło, że serce urosło mi jeszcze bardziej. Czuję się mega ważna i na przyszłość patrzę przez różowe okulary! Nawet w sytuacji, gdy wiem, że po drodze pojawi się sporo problemów, bo wierzę, że wszystkie da się rozwiązać. Chwalę się, bo uważam, że mam czym, gdyż jestem naprawdę szczęśliwa. I jakbym mogła, to podzieliłabym się tą nowiną z całym światem! Chociaż... W sumie to chyba można powiedzieć, że właśnie to robię, pisząc o tym na blogu, prawda?
Jak to powiedział przyjaciel Nathana: jesteście dla siebie stworzeni! ;-)



Dobra, wdech, wydech ;-)... Wrócę teraz do początku.

Gdy rok temu byliśmy w Kalifornii, odwiedziliśmy m.in. Los Angeles, Wielki Kanion, Las Vegas. Notki z tamtej wyprawy zobaczyć możecie TUTAJ, TUTAJ oraz TUTAJ. W tym roku polecieliśmy bez Alicii; w San Diego spędziliśmy siedem dni, a w San Francisco pozostały czas. W San Diego widzieliśmy więcej, niż rok temu i zakochałam się w tym miejscu, a moja ulubiona miejscówka w Stanach to, jak do tej pory (pomijając moje okolice), La Jolla! Piękne plaże, spokojnie, fajny klimat... Według mnie Los Angeles się do tego miejsca nie umywa! Robiliśmy tam to samo, co wtedy, tylko że do tej pory nic Wam o tym nie wspomniałam tak naprawdę. Tym razem wszystko przeżyłam zupełnie inaczej, więc chciałabym się tym z Wami podzielić. I będzie też trochę zdjęć!


Chcę Wam o tym opowiedzieć, ale nie będę pisać o szczegółach przez szacunek do ludzi, którzy nas otaczali. Postaram się jednak, by wszystko miało sens!
Polecieliśmy tam przy okazji La Jolla Program, czyli "grupy spotkaniowej" (ang. encounter group), która odbywa się co rok nieprzerwanie od 49 lat. Jej ścieżkę przetarł amerykański psycholog, który był jednym z głównych przedstawicieli psychologii humanistycznej (wikipedia) i nazywał się Carl Rogers. Przedstawił mi ją oczywiście Nathan, bo kto inny!
Mówiąc najogólniej i najprościej - 20 osób siedziało w jednym pokoju na krzesłach poustawianych na kształt koła; trwało to 4 dni. Główne założenie całego przedsięwzięcia to ROZMOWA; dzielenie się swoimi przeżyciami, emocjami. Wszystkim tym, co jest dla nas ważne. Tak pozytywnymi rzeczami, jak i negatywnymi. W poczuciu totalnej akceptacji ze strony innych osób, bez oceniania. W przekonaniu, że można być wolnym, by powiedzieć to, na co ma się ochotę i czuć się bezpiecznie. Nawet, jeśli są to rzeczy, którymi normalnie nie podzielilibyśmy się z nikim innym. By wyrzucić z siebie to, co w nas tkwi i poczuć się zrozumianym i wspieranym, co wielu ludzi tam doświadcza po raz pierwszy w życiu...
Rok temu nie miałam zbyt dobrych doświadczeń, bo siedziałam jak mysz pod miotłą i udawałam, że mnie nie ma. Jak jedna osoba powiedziała, że chciałaby się czegoś do mnie dowiedzieć, to aż się skuliłam i powiedziałam, że nie czuję się komfortowo. Bo taka była prawda, nie czułam się. Nagle oczy wszystkich zwróciły się ku mnie, wszyscy mnie słuchali, a ja co... Nie dość, że od zawsze bałam się mówić cokolwiek w większej grupie ludzi, to w dodatku tam miałam to zrobić w innym języku. Poza tym, wszystko było dla mnie nowe i dopiero wchodziłam w ten cały świat, który Nate mi pokazał. Wolałam się nie pokazywać za bardzo.
Postanowiłam polecieć też w tym roku, bo wiedziałam, że inaczej to wszystko przeżyję. Po 12 miesiącach od ostatniego razu byłam inną osobą i wiedziałam, że jest tam sporo rzeczy, które mogłabym z tych spotkań wyciągnąć. Bardzo chciałam też popracować sama nad sobą i przezwyciężyć różne bariery, które stawały mi na drodze.
Pierwszego dnia nie powiedziałam nic. Tzn. odpowiedziałam tylko na pytanie tych, którzy nie poznali mnie rok temu, które dotyczyło mojego imienia. Wtedy badałam trochę teren i chciałam się upewnić, że grunt jest stabilny. Interesowały mnie historie innych i kilka razy miałam coś tam do powiedzenia, ale nie ujawniałam się. Jak już, to komentowałam Nathanowi. Naprawdę sporo dawało mi nawet samo słuchanie innych i tym razem wiedziałam, co się działo. Potrafiłam rozgryźć problemy, wszystko składało mi się w jedną całość i wszystko potrafiłam wyjaśnić. Nie chodzi mi o rozumienie języka, ale o rozumienie o czym oni mówili, ich emocji, itp.
Drugiego dnia czułam od samego rana, że w końcu ktoś mi powie, że jestem dość cicha, bo wszyscy coś już zdążyli powiedzieć, tylko nie ja. No i oczywiście miałam rację! Opowiedziałam więc historię mojego życia (mniej więcej to, co napisałam w poprzedniej notce), którą przypomniała mi inna osoba mówiąca wcześniej. Nagle wszystko mi wróciło do głowy i zaczęło mnie męczyć, więc w sumie cieszyłam się, że ktoś się do mnie zwrócił, bo sama pierwsza pewnie bym się nie odezwała. Nieźle się popłakałam i już wtedy wydawało mi się, że poruszyłam niektórych. Ostatniego dnia zresztą usłyszałam wiele słów na ten temat i miło mi się zrobiło, że moja historia pomogła niektórym spojrzeć na ich problemy z innej perspektywy.
Na początku, zanim zaczęłam mówić bałam się, że będę nudzić. Wiecie, ja jakoś nigdy nie rozgadywałam się w grupie, jeśli kogoś nie znałam naprawdę dobrze, bo krępowało mnie to, że wszystkie oczy zwracały się ku mnie. Zawsze był ten strach, że ludzie zaczną mi przerywać, że będzie ich nudzić to, co mówię, że powiedzą, iż gadam jakieś głupoty i takie tam. Poza tym zazwyczaj słyszałam, że mówiłam za cicho, więc musiałam zacząć myśleć o tym, by podnieść trochę mój głos, przez co mieszałam się w słowach. Mieliście kiedyś coś takiego? Nie jest to zbyt komfortowe uczucie. Tym razem nie miałam żadnych problemów! Gadałam od początku do końca, płynnie, głośno, bez przerw na myślenie. Totalna zmiana! Czułam się dumna z siebie po tym, jak skończyłam i uważam, że jak najbardziej miałam powód do dumy. Poza tym poczułam ulgę, że wyrzuciłam z siebie to, co we mnie siedziało. Jakby kamień z serca.
Trzeci dzień to w ogóle totalna masakra. Pierwsza część dnia była w miarę okej, ale druga... Sytuacja się tak rozwinęła, że stałam się strasznie emocjonalna, zaczęłam płakać i nie mogłam przestać przez dobrą godzinę. Tyle dobrego, że wtedy uwaga była zwrócona na dwie inne osoby, bo nie miałam ochoty się odzywać. Po jakimś czasie powiedziałam Nathanowi, że chciałam w ogóle wyjść i wrócić do hotelu, więc on na szczęście poszedł ze mną. Czułam, że nie wytrzymałabym tam, było tego dla mnie zdecydowanie za wiele. I tak w sumie to nawet nie potrafiłam do końca wyjaśnić, o co mi chodziło...
Następnego i zarazem ostatniego dnia postanowiłam powiedzieć, co myślałam o tym, co działo się dnia poprzedniego. Zaczęłam głośno i stanowczo, bez żadnych obaw, że ktoś pomyśli, że jestem niegrzeczna. Przypuszczałam, że nikt by tego nie powiedział nawet, jakby pomyśleli, ale nawet jakbym miała to usłyszeć, to i tak nie trzymałabym w sobie tego, co chciałam powiedzieć. W pewnym momencie byłam mega zirytowana przez to, co słyszałam, więc w końcu powiedziałam wszystko, co mi tam siedziało w środku i na końcu dodałam: I want to say whatever I want to say and I don't give a fuck if someone doesn't like it! Wiecie, jak dobrze się poczułam po wyrzuceniu tego wszystkiego z siebie?! Naprawdę, bycie totalnie szczerą i otwartą na temat swoich uczuć oraz nie kontrolowanie swoich emocji w obawie, że innym nie będą się one podobać - tą osobą chcę być! I nie usłyszałam żadnych komentarzy, że jestem "niegrzeczna" ani nic takiego. Usłyszałam natomiast dokładnie to: thank you for saying that! I znowu poczułam się dumna z siebie. Trzy dni przed tym na samą myśl o mówieniu czegokolwiek bałam się i serce waliło mi jak oszalałe, a wtedy powiedziałam coś takiego, co w moim mniemaniu wcześniej było dość ryzykowne. I w dodatku kilka osób się ze mną zgodziło. Ahh ;-).
Ale najlepsze dopiero przed Wami! Już pod koniec prawie powiedziałam, że bardzo doceniam to, co działo się przez te cztery dni i później Nathan zaczął mówić. Zaczął słowami: this is a pretty good group! This is a great group! Słuchaliśmy więc, ja zerkałam na ludzi po kolei niespodziewając się kompletnie niczego, a on nagle: Agnieszka? Zwróciłam więc głowę w jego kierunku i wtedy właśnie padły słowa, których nigdy nie zapomnę! Na początku nie zdałam sobie do końca sprawy, co on właściwie robił, ale w końcu do mnie dotarło i na końcu zapytał: so what do you say? Odpowiedziałam: of course! Potem uścisk, później spojrzałam na innych i wszyscy mieli takie wielkie uśmiechy na twarzy! A ja to już w ogóle... No i on też :-). To było takie niesamowite, bo wcześniej bałam się odezwać słowem, a później opowiadałam o moim życiu, jak ciężko miałam i w ogóle, otwierając się przed nimi całkowicie; mówiłam, że mimo tego, że jestem bardzo młoda, to moim marzeniem jest mieć rodzinę, nie chcę żadnych imprez ani korzystania z życia, bo w ogóle mnie tego typu rzeczy nie interesują, a poza tym uważam, że przez ostatnie kilka lat zrobiłam i widziałam tyle, że w chwili obecnej jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana; a na końcu usłyszałam słowa, które jakby odwróciły bieg wydarzeń... Początek czegoś, o czym wcześniej mówiłam, że tego właśnie chcę.
Może Wam ciężko mieć jakieś bardziej szczegółowe pojęcie dotyczące tego, o co mi chodzi, gdy mówię, że się zmieniłam... Ale ja czuję się o wiele lepiej, ciężko mi to wyjaśnić. Tak, jakbym osiągnęła ten moment, do którego dążyłam, by być sobą w 100%. Nawet obecny tam przyjaciel Nathana powiedział, że widzi, że teraz jestem pełna energii, że ŻYJĘ, czego nie widział wcześniej. Poza tym poczułam, że jestem naprawdę szczęśliwa i pełna miłości. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało - tak właśnie było. I w sumie nadal jest. Dzięki temu wszystkiemu mój i tak dobry kontakt z Alicią teraz jest o wiele lepszy, bo jestem prawdziwa i to da się czuć, więc jednocześnie i ona wybucha pozytywnymi emocjami :-).


Dobra, to teraz zdjęcia... Dużo spacerowaliśmy i było naprawdę sporo miejscówek, które niesamowicie mi się podobały. Robiłam trochę zdjęć, ale na pewno sami doskonale wiecie, że fotki nie oddają nic w 100%. Tak czy siak, miłego oglądania!


Centrum San Diego, gdzie spędziliśmy sam początek. Poszliśmy sobie raz do Cheesecake Factory i był to mój pierwszy raz w tej restauracji. Jako że sernik to moje ukochane ciasto, a tam TAKI WYBÓR, to byłam w siódmym niebie!



W drodze do La Jolla...
Jakieś dwie godziny na południe od LA.






Tide Pools Beach




Ten zielony był piękny na żywo! Bardzo soczysty.

Te muszle się ruszały!





Seal Rock Point
just chillin' :-D


Mijaliśmy sporo różnych artystów w tamtych okolicach. Nic dziwnego, bo widoki były cudowne!



Znaleźliśmy też miejsce, w którym roiło się od paralotniarzy oraz ludzi obserwujących ich zmagania z wiatrem.



Podobają mi się te drzewa!


Seaport Village





I później, gdy nasze spotkania się skończyły, polecieliśmy do San Francisco. Pierwszym pomysłem były Hawaje, ale okazało się, że sama podróż z Los Angeles jest za długa i zwyczajnie nie starczyłoby czasu. Stanęło więc na SF i wcale nie żałuję. Uważam, że zobaczyłam  co chciałam i jestem usatysfakcjonowana. Lubię takie spokojne dni od czasu do czasu!
Niestety pogoda w SF była BEZNADZIEJNA. Najpierw padało cały dzień, następnego dnia była ogromna mgła i nic nie było widać, a później znowu lało cały dzień. No ale co zrobić... Parasol w dłoń i jazda! Minus jednak jest taki, że zdjęcia są dość szare.


Union Square





Widok na Downtown z 29 piętra hotelu Westin.

Niestety winda była jedynym miejscem, w którym można było zrobić jakiekolwiek zdjęcia, bo nigdzie indziej nie było okien, a my nie mieliśmy tam pokoju. Dlatego też zobaczyć możecie moje odbicie ;-).




16th Avenue Tiled Steps


Miliony małych domków bardzo blisko siebie...


Alcatraz

Golden Gate Bridge

I ja :-D



Po drugiej stronie mostu.

To ta mgła, o której wspominałam.


Lombard Street


Wydaje mi się, że to tyle na teraz... Myślę, że napisałam, co chciałam, a jak o czymś zapomniałam, to dopiszę później.

Do następnego!
Aga


PS. Zasiądę dzisiaj, by poczytać Wasze blogi!

30 comments:

  1. Gratulacje!! Nawet nie wiesz jak się cieszę z Twojego szczęścia, czytając tego bloga tak jakby 'zżyłam' się z Tobą. Życzę wam szczęścia :)
    PS. koniecznie pochwal się w przyszłych postach suknią ślubną! :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję!! :D
      Na pewno pokażę suknię, nie mogłabym tego pominąć!

      Delete
  2. Zawsze chciałam uczestniczyć w takich spotkaniach, ale tutaj w Polsce nie ma co zapisywać się do takich grup.. Tak jak napisałaś, jest to naprawdę cudowne doświadczenie, po prostu wysłuchać, być tam z tymi ludźmi, wspierać i opowiedzieć swoją historię, szkoda, że nie mogę się bardziej wypowiedzieć na ten temat, bo bardzo bym chciała, ale może w przyszłości się to zmieni :)
    A co do zdjęć, to są fantastyczne. Razem z Nathanem wyglądacie przepięknie. ( aż mi się przypomniały początkowe posty z matchem, w których pisałaś, że Nathan nie jest w Twoim typie :D )
    Z dnia na dzień promieniejesz, a to jest najważniejsze!
    Buziaki ;*

    ReplyDelete
    Replies
    1. W sumie to ja nawet nie wiedziałam, że w Polsce są takie grupy. Jakoś mi to nie pasuje do polskiej mentalności... I tak, generalizuję teraz, no ale serio tak myślę ;).
      Dzięki :))) Haha pamiętam ,jak to napisałam!

      Delete
  3. Sledze Twojego bloga od poczatku i mialam przeczucie ze cos sie zapowiada! Teraz patrze na Ciebie i az promieniejesz! Wow!

    Gratulacje x

    ReplyDelete
  4. Wow! Co za wiadomosc! Cieszę się razem z Toba :D mimo, że czytam Twojego bloga raczej nie komentując, tak teraz nie mogłam się powstrzymać! Gratulacje!!! Cieszę się, że wszystko Ci sie uklada - jak w bajce ;) jesteś świetna dziewczyna, która zasługuje na wiele dobrego. Pozdrawiam :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To witam w gronie komentujących w takim razie :D. Dziękuję!!!

      Delete
  5. Gratulacje Aga! wszystkiego dobrego :-)

    I zgadzam sie, ze La Jolla jest zupelnie fantastyczna!

    ReplyDelete
  6. GRATULACJE! Niesamowite :D Cieszę się z Twojego szczęścia, zasługujesz na te wszystkie wspaniałe rzeczy, które potkały Cię w USA :)
    Pozdrawiam!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nieskromnie powiem, że też myślę, że zasługuję ;). Dzięki!!

      Delete
  7. Bardzo sie ciesze, z twojego szczescia. Wszystkiego najlepszego i gratulacje :-) :-) :-)

    ReplyDelete
  8. Gratuluję kochana!

    ps. również powiedziałam 'tak' ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ahh, my to mamy coraz więcej wspólnego :D

      Delete
  9. Gratulacje!! Dużo szczęścia i milości! <3

    ReplyDelete
  10. super, gratki :D
    tak z ciekawoscii, ile od ciebie starszy jest twoj nazeczony :)? SAma mam duuuzo starszego chlopaka;p

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki!
      Nate jest 16 lat starszy ode mnie :).

      Delete
  11. Gtauluję!!! :) Pozdrawiam gorąco i zapraszam do mnie - sama jestem zaczynającą swoją przygodę Au Pair!

    ReplyDelete
  12. Nawet nie wiesz jak ten post mnie ucieszył! Strasznie Wam kibicuję i już kiedy napisałaś o próbach swatania Was ze strony Alicii czułam, że będziecie razem. Cieszę się, że zechciałaś podzielić się z nami relacją :)). Kolejny raz to piszę, ale naprawdę- pięknie razem wyglądacie. Gratuluję!

    ReplyDelete
  13. Twoj narzeczony to twoj host ?

    ReplyDelete